20. Smokobójca

Ilustracja Henry'ego Patricka Raleigh
– Kurwa mać! – zaklął pod nosem Erik, gdy zaciął się przy goleniu. Pospiesznie sięgnął po sprany ręcznik, wiszący obok umywalki. Szybko przyłoył materiał do skaleczonego policzka, czując jak od mydlanej piany drobna ranka zaczyna paskudnie szczypać. – Niech to szlag! – Chociaż uzbroił maszynkę w nową żyletkę, jego tygodniowy zarost okazał się być trudnym przeciwnikiem.
Minęło kilka minut nim udało mu się zatrzymać krwawienie, a skończenie ceremonii golenia zajęło kolejne wieki. W końcu z wielkim trudem Erikowi udało doprowadzić samego siebie do stanu, w którym bardziej przypominał cywilizowanego człowieka niż na poły zdziczałego łotra. Z pewnym zadowoleniem przyjrzał się swojemu odbiciu w lustrze.
Nawet jeśli nigdy nie miał szczególnych kompleksów na punkcie swojego wyglądu, nie miał też co do niego szczególnych złudzeń. Z wiekiem coraz bardziej przypominał własnego ojca i daleko mu było do południowych kanonów piękna. Mocno zbudowany, z grubo ciosaną twarzą i ustami wiecznie wykrzywionymi w cynicznym grymasie. Nie miał w sobie nic szczególnego, a mimo tego udało mu się zdobyć najładniejszą dziewczynę jaką kiedykolwiek spotkał. Nawet nie „zdobyć”. Ona wyraźnie szalała na jego punkcie i oddała mu prawie wszystko, co tylko ślepo zakochana dziewczyna może oddać swojemu wybrankowi. A on chętnie przyjął to z zachłannością, której nie powstydziłby się nawet jego ojciec.
Mimo ukropu wlewającego się przez otwarte okno do hotelowego pokoiku, na ramionach Erika pojawiła się gęsia skórka. Jeszcze kilka lat temu obraziłby się za porównanie do rodzica, dzisiaj sam to robił i bał się tego, co może one oznaczać. Kiedyś zrobiłby wszystko, by udowodnić każdemu, że jest zupełnie inny niż on, ale teraz i ojciec, i wszystkie jego przywary wydawały się zbyt dawne, by z nimi walczyć.
Przechodząc przez pokój, smokobójca przypadkowo kopnął jedną z pustych butelek. Biorąc pod uwagę swoją pijacką noc, czuł się podejrzanie zbyt dobrze. Nie mógł narzekać na żadne szczególne dolegliwości związane z kacem, zamiast tego przez głowę przelatywało mu to, co usłyszał od pijanego Lira. Zwłaszcza na temat poprzedniego imperatora.
Ojciec nie był dobrym człowiekiem. Nie w opinii jego jedynego syna, który odkąd dorósł na tyle, by dostrzec jak matka płakała po kątach, zaczął zauważać coraz więcej jego wad. Niewierny mąż. Leniwy władca. Nieodpowiedzialny rodzic. Hipokryta. Tak najkrócej Erik opisałby swojego rodzica, którego inni ludzie znali obecnie jako Artema Czerwonobrodego. Nic dziwnego, że przy nim wuj mógł robić wszystko, co mu się żywnie podobało. Chyba nawet dla każdego lepiej się stało, że ojciec już nie żył. Szkoda tylko, że gdy stary imperator w końcu zmarł, matka Erika również przestała być potrzebna.
Myśli smokobójcy zostały przerwane przez stanowcze pukanie do drzwi. Mężczyzna rzucił się do swojej walizki i szybko nałożył na siebie czyste ubranie. Dopiero po tym otworzył drzwi intruzowi, którym okazał się być detektyw Salar.
– Dzień dobry, panie Veleno – przywitał się stary policjant. Pod pachą trzymał dużą księgę podatkową obleczoną w szkarłatny materiał, a w dłoni dzierżył schowany w brązowym futerale rapier. – Zawarliśmy dżentelmeńską umowę, czyż nie?
– Tak. – Erik odsunął się z przejścia i pozwolił policjantowi wejść do swojego pokoju.
Dopiero teraz dostrzegł, jak przeraźliwie stary był detektyw Salar. Jego pomarszczona twarz miała brzydki żółtawy odcień skóry, a pod lewym okiem miał pierwszą starczą plamę. Gdy powoli podchodził do jednego z krzeseł, jego plecy pozostawały zgarbione, a cała sylwetka przypominała laskę. Z ciężkim sapnięciem detektyw zajął miejsce, kładąc księgę i rapier na stole.
Smokbójca starannie zamknął za nim drzwi. Natychmiast poczuł też palący wstyd, że policjant zastał go w pijackim bałaganie, dlatego bezwiednie zabrał się za zbieranie swoich rzeczy walających się po podłodze.
– Nie wiem, czy będę w stanie pomóc – odezwał się najbardziej rzeczowym tonem, na jaki było go stać. – Nie wydaje mi się, żebym dowiedział się czegokolwiek istotnego dla pana sprawy.
– Proszę pozwolić mi o tym zdecydować – odparł bezceremonialnie Salar, wyciągnąwszy z wewnętrznej kieszeni marynarki swój wysłużony kajecik. – Zacznijmy od samego początku, co felernego popołudnia robił pan w domu pana Tremaine?
– Odwiozłem Nari do domu, tak jak mówiłem. Wcześniej znalazłem ją w jaskini smoka, niedaleko miasteczka Tuli. – Erik użył tego absurdalnego wytłumaczenia już tyle razy, że przestało ono wzbudzać w nim jakiekolwiek emocje.
– Wie pan w jaki sposób panna Tremaine znalazła się tak daleko od domu?
– Nie mam pojęcia – skłamał bez mrugnięcia okiem Trezończyk. – Może porwał ją smok? – Rzucony od niechcenia żart nie zrobił na Salarze żadnego wrażenia.
– Czy ona sama nie mówiła panu nic na ten temat? Nawet bezpośrednio po tym, jak została znaleziona?
– Nie. – Erik wzruszył ramionami, siadając na krawędzi łóżka. – O niczym nie mówiła, a ja nie dopytywałem, dla zwykłego spokoju. I bez tego mogła w każdej chwili wpaść w histerię.
– Mimo tej niewiedzy, pan zdecydował się jej pomóc. Dlaczego?
Baczne spojrzenie detektywa sprawiało, że nawet smokobójca czuł się nieswojo. Z roztargnieniem przeczesał dłonią swoje włosy. Chciał za wszelką cenę uniknąć oskarżania Nari o kradzież, która przy ostatnich wydarzeniach wydawała mu się być śmiesznie mało istotna.
– Liczyłem na nagrodę – rzekł w końcu, poniekąd zgodnie z prawdą. – Nie jestem aż takim altruistą, żeby pomagać zagubionym dziewczynką za darmo.
– Nie wątpię. – Salar uśmiechnął się w dziwacznie chytry sposób, który Erikowi wydał się być wyjątkowo obrzydliwy. Jakby policjant wiedział już wszystko i śmieszyły go wszelkie kłamstewka czy niedomówienia.
Ostatecznie smokobójca odnalazł jakieś ziarno prawdy w tym, co poprzedniego wieczoru mówił o detektywie Lir. Sztuczny człowiek zachwycał się starcem, jakby miał do czynienia z chodzącym objawieniem. Przez pół wieczora zachwycał się jego spokojem i umiejętnościami dedukcji, wspominając najsłynniejsze sprawy prowadzone przez Salara.
– Ona z daleka śmierdzi pieniądzem – dodał natychmiast młodszy z mężczyzn. – Normalni ludzie nie zachowują się tak, jak ona. W życiu nie widziałem bardziej wybrednej osoby. To jedzenie zbyt słone, to wino zbyt tanie, to ma ochotę na słodycze, to poduszka niewygodna… Nie trzeba być geniuszem, żeby zauważyć, jak bardzo jest rozpuszczona.
– Zatrzymajmy się przy tej nagrodzie. Otrzymał ją pan?
– Tak. Sto neustijskich koron na blankiecie bankowym wypisanym ręką starego Tremaine.
– Tylko sto koron? – wyrwało się zdziwionemu detektywowi.
Erik nie rozumiał, co starzec ma na myśli. Sto koron w zupełności wystarczało na spokojne przeczekanie zimy w jakimś porządnym lokalu.
– Mnie ta kwota w zupełności zadowoliła – oburzył się, ale Salar to zignorował.
– Jak zachowywał się pan Tremaine, gdy przywiózł pan jego wnuczkę do domu? Cieszył się?
– Raczej wydawał się być zdystansowany. Początkowo nawet nie chciano nas wpuścić do domu, ale ostatecznie wyszedł nam na spotkanie. Nie uściskał Nari tylko natychmiast kazał jej doprowadzić się do porządku.
– I tak chłodne powitanie nie wzbudziło w panu żadnych podejrzeń?
– Zdążyłem się nauczyć, że ludzie mają równe sytuacje w domu. – Erik skrzyżował ręce na piersiach. – Naprawdę, wolę się nie wtrącać w obce mi sprawy.
– Zorientował się pan jaką sytuację w domu ma panna Tremaine?
– Nie chcę grzebać w cudzych brudach – zaprotestował Trezończyk. Nigdy nie sądził, że mówienie o rodzinie Nari będzie dla niego aż tak trudne. – Widziałem tylko ułamek jej życia i pewnie nie wiem wszystkiego.
– Proszę się nie wykręcać, tylko powiedzieć co pan wie. – Salar wydawał się być nieubłagany w tej kwestii. – Choćby na temat jej pozostałych krewnych?
– Nigdy nie spotkałem jej rodziców… – zaczął pokrętnie Erik. – Raz czy dwa tylko miałem do czynienia z jej bratem i jego żoną. Nic wielkiego. Troszczą się o siebie nawzajem, jak potrafią. Normalna rodzina ze swoimi własnymi problemami i skrawkami szczęścia.
Musiał brzmieć wyjątkowo nieprzekonywująco, bo w odpowiedzi Salar jedynie pokręcił głową.
– Śmiem twierdzić, że panna Tremaine ma na ten temat odmienne zdanie. Z tego co mi wiadomo, nie pozwolono jej uczestniczyć w pogrzebie dziadka i jak sama twierdzi, wyrzucono ją z własnego domu. Czy coś takiego ma miejsce w „normalnej rodzinie”?
– Cóż… Jestem pewny, że jej krewnych motywowały szlachetne pobudki. Udział w pogrzebie to nic przyjemnego, podobnie jak mieszkanie w miejscu, gdzie zamordowano jej opiekuna – nie ustępował w swoich przekonaniach Erik. Paradoksalnie, jego słowa wydawały się przekonywać głównie jego samego. – Proszę mi wierzyć, trudno znaleźć kogoś o bardziej histerycznej naturze niż Nari. Nie wiem, czy jej zachowanie wynikało z szoku, czy po prostu taka jest, ale mogę stawiać korony przeciwko żołędziom, że gdyby została w tamtym przeklętym domu na dłużej, wpadłaby w obłęd. Spokój, z dala od tego okropnego miejsca dobrze jej zrobił.
– Takie rozwiązanie byłoby sporym ułatwieniem, prawda? – podjął nagle Salar, przekartkowując swój zeszyt. W jego tonie można było wyczuć próbę sprowokowania Erika.
– Nie rozumiem co ma pan na myśli…
– Ostatnio dosyć często słyszę pewną paskudną potwarz dotyczącą panny Tremaine. A proszę mi wierzyć, że jeśli to dociera nawet do mnie, to znaczy, że huczy o tym całe miasto. Nie wchodząc w bardziej obrazoburcze szczegóły, owa plotka mówi, iż odkąd panna Tremaine zamieszkała w Hotelu Monkijskim zaczęła prowadzić godny pożałowania tryb życia. Słyszał pan coś na ten temat?
– Nie, nic – odparł natychmiast Erik. Podejrzewał, że mimo przemilczenia detali, rewelacje na temat życia osobistego Nari mówią wprost o nim. Zastanawiało go tylko, czy został przedstawiony jako zwyczajny smokobójca, czy raczej jako tajemniczy, rudy jegomość. – Ja w ogóle nie słucham plotek. To tylko okrutne pomówienia zazdrośników. Szybko przebrzmią, gdy tylko ludzie znajdą sobie nowy obiekt do obgadania.
– Słusznie – zgodził się ze stwierdzeniem stary detektyw. – Wróćmy jednak do śledztwa. Co pan robił, gdy doszło do zabójstwa?
 – Zamierzałem wyjść z domu i nigdy więcej nie wchodzić w drogę nikomu z nazwiskiem Tremaine, ale nim to się stało Nari mnie zagadnęła we foyer. Rozmawialiśmy przez chwilę, zanim ktoś zaczął krzyczeć.
– Skąd wzięła się tam panna Tremaine? – Salar przypomniał sobie rozkład pomieszczeń. Na korytarz na parterze można było wejść właściwie z każdego pokoju.
– Musiała zejść po schodach. Wyraźnie słyszałem jej kroki – skłamał natychmiast Erik, zachowując obojętny wyraz twarzy.
– Dziwne… – skwitował natychmiast policjant, zerkając do swoich notatek. – Nie wspomniał pan o tym jakże istotnym szczególe przy wstępnym przesłuchaniu.
– Byłem w szoku, jak wszyscy. Z nerwów mogłem nie wspomnieć o tym, czy owym.
– Nie wyglądał pan wtedy na szczególnie zdenerwowanego… – wtrącił Salar, przeszywając Erika spojrzeniem. Uwierzył mu czy nie?
– Bo potrafię radzić sobie ze stresującymi sytuacjami. Taki zawód. – Padła natychmiastowa odpowiedź. – Poza tym martwiłem się, że Nari nie poradzi sobie z takim ciosem. Musiałem pilnować, żeby przypadkiem nie zobaczyła, jakie okropieństwo kryje się w gabinecie. Dla mnie samego ten widok wydał się obrzydliwy, a co dopiero dla niej?
– Co się wydarzyło później?
– Gdy ta służąca zaczęła wrzeszczeć, pobiegłem zobaczyć co się stało. Gdy zobaczyłem trupa i tą zakrwawioną służącą, natychmiast mnie cofnęło. Nari przybiegła chwilę później, więc zasłoniłem jej oczy nim zdążyła to zobaczyć i wyprowadziłem z gabinetu. Gdy byliśmy na korytarzu widziałem, jak jeden z pracowników pobiegł po policję. Resztę pan powinien już znać z raportów.
– To wszystko, co ma pan do powiedzenia?
– Tak… – Erik zastanowił się, ale szybko doszedł, że poinformował detektywa o wszystkim co wiedział. – Chyba tak…
– Czy ktokolwiek wiedział o otrzymanej przez pana nagrodzie?
– Nie wydaje mi się. Byliśmy z panem Tremaine sami w jego gabinecie. Dopiero gdy skończyliśmy rozmawiać zadzwonił on po swojego asystenta i kazał mu mnie odprowadzić do drzwi.
– Nie zaproponowano panu obiadu? – Pytanie wydało się smokobójcy bardzo dziwne. Mimo tego, postanowił odpowiedzieć.
– Nie… Znaczy się tak! Gdy wychodziłem, Nari zapytała czy zostanę na obiedzie, ale nie chciałem zostać uznany za natarczywego. Staremu Tremaine to mogło by się nie spodobać, zresztą już i tak na pierwszy rzut oka widać było, że mu wadzę.
Spojrzenie Salara nagle się rozjaśniło. Przez ułamek sekundy wyglądał, jakby odmłodniał o jakieś dwadzieścia lat, a jego mocno przyprószone siwizną ciemne włosy stawały dęba. Jednocześnie twarz detektywa pozostała nieodgadniona dla Erika.
– Ma pan jeszcze jakieś pytania? – zaczął niepewnie Trezończyk. Stary policjant jedynie z wolna pokręcił głową.
– Nie. To wszystko, co chciałem od pana usłyszeć. – Starszy mężczyzna z wolna zrobił notatki w swoim zeszycie.
– Skoro oddał mi pan moje rzeczy, czy to znaczy, że jestem wolny? Mogę już wyjechać z tego miasta?
– Cóż, wyłączyłem pana z kręgu podejrzanych, jednak radziłbym się wstrzymać z tym do popołudnia, gdy sporządzę raport z pana zeznań. Gdy potwierdzi je pan swoim nazwiskiem, będzie mógł pan wyjechać bez konsekwencji ze strony prawa – odparł Salar, ostrożnie wstając z miejsca. Gdy ruszył w kierunku wyjścia, Erik natychmiast zerwał się z łóżka, by otworzyć przed starcem drzwi.
W progu, detektyw nagle się zatrzymał.
– Byłbym zapomniał… Dzisiaj po raz drugi panna Tremaine prosiła mnie o odszukanie pana. – Erika zmroziło, gdy usłyszał tę nowość. Rewelacja podziałała na niego chyba nawet bardziej, niż oświadczenie, że jest aresztowany – Oczywiście ta okolica nie jest dla niej odpowiednia, więc absolutnie nie zdradziłem jej tego miejsca, ale myślę, że i tak powinien pan rozmówić się z nią jak najszybciej.
– Skąd taki pomysł?
– Tak będzie uczciwiej. – Po tych słowach, Salar poszedł wzdłuż brudnego korytarza, zostawiając smokobójcę samego z własnymi obawami.
Wczesnym popołudniem ulice Monkii zionęły pustkami, co było oczywiste w taką pogodę. Słońce prażyło niemiłosiernie, a światło odbijające się od jasnych budynków oślepiało smokobójcę, gdy błąkał się po mieście szukając jakieś kwiaciarki. Nie chciał odwiedzać Nari z pustymi rękami, zwłaszcza po tym, co zaszło między nimi ostatnio. Powinien ją lepiej potraktować.
W końcu Erikowi udało się znaleźć starszą, zasuszoną kobietę ukrytą w cieniu parkowych drzew. Na prostej drewnianej taczce miała wyłożonych kilka marnych bukiecików, którym upał wyraźnie nie służył. Zebrane wszystkie w jedno mogły tworzyłyć względnie przyzwoitą wiązankę, chociaż mężczyzna nie wątpił, że Narietta dostawała na ogół ładniejsze. Zresztą… Czegokolwiek by jej nie dał, ktoś kiedyś z pewnością podarował jej lepszy okaz. Ostatecznie zdecydował się na skromny pęczek drobnych, fioletowych kwiatków, które sprzedawczyni nazwała floksami.
W miarę upływu czasu, Erik zaczynał mieć poczucie, że już pewnego razu brał udział w podobnej scenie. Wtedy też był po nieprzespanej nocy, czuł się mocno średnio i na prośbę Salara szedł z kwiatami do Hotelu Monkijskiego. Jedyna różnica polegała na tym, że wtedy mógł bez większych przeszkód wejść do środka i nie narażał się na ciekawskie spojrzenia pozostałych gości. Przeklęty artykuł!
– Pan nie może wejść! – Boy hotelowy zatrzymał Erika w przejściu. Był to ten sam chłopak, co ostatnio. Mimo że cała ulica była nagrzana jak piekarnik, młodzieniec wytrwale pozostawał w pełnym umundurowaniu.
– Jestem umówiony na spotkanie – odparł nonszalancko Trezończyk, wciskając w dłoń boya kilka feningów napiwku. To jednak nie pomogło i pracownik w dalszym ciągu zatrzymywał smokobójcę.
– Nie w naszym hotelu. – Padła natychmiastowa odpowiedź, gdy chłopak oddawał napiwek. – Proszę iść gdzie indziej i nie przeszkadzać pozostałym gościom. Nie jest pan tutaj mile widziany.
Erik miał ochotę zawyć. Jeśli doprowadzi do szarpaniny, może być narażony na zbyt wiele ciekawskich spojrzeń, które mogły mieć przykre konsekwencje. Jeśli zaś odpuści dzisiaj, to pewnie już nigdy nie uda mu się załatwić tej delikatnej sprawy w możliwie bezbolesny dla siebie sposób.
– Więc przyprowadź tutaj Nariettę Tremaine. Mieszka w apartamencie książęcym – zdecydował ostatecznie. Chłopak nie ruszył się z miejsca, dlatego po raz drugi tego dnia Erik dał mu kilka feningów do ręki. Boy hotelowy w dalszym ciągu nie wypełnił polecenia, dlatego smokobójca natychmiast dodał: – Obiecuję nie wejść do środka pod twoją nieobecność i dam ci jeszcze złotą koronę, jeśli się pospieszysz.
Z pewną dozą niedowierzania, młodzik ostatecznie zdecydował się wykonać powierzone zadanie. W końcu tak duże napiwki za drobną fatygę nie zdarzały się zbyt często, nawet w Hotelu Monkijskim.
Zwyczajna przyzwoitość nie pozwalała Erikowi wykorzystać nieobecności boya i osobistego wpakowania się do środka. Zamiast tego postanowił zwyczajnie poczekać, a przy okazji wymyślić jakieś w miarę przekonujące wytłumaczenie samego siebie. Niestety, słowa „wybacz, że spanikowałem i uciekłem” wydawały się zbyt banalne, nawet w jego głowie. „Nie jestem ciebie wart” zabrzmiałoby nieszczerze, chociaż przychodziły momenty, gdy właśnie tak się czuł. „To skomplikowane, ale…” – brzmi jak wstęp do najbardziej pokrętnych wytłumaczeń na świecie, które nie mają nic wspólnego z prawdziwymi przeprosinami.

Wrócili szybciej, niż się spodziewał. Nari miała na sobie krótką kanarkowo żółtą sukienkę bez rękawów i lekki kapelusz z szerokim rondem. Cienki, kremowy szal z jedwabiu chronił jej szyję i ramiona przed palącym słońcem. W lewej dłoni trzymała rozłożony papierowy wachlarz, dając jasno do zrozumienia, że upał dotarł już do hotelu. Przez moment miała zaciętą minę, a jej spojrzenie było ukryte za czarnymi szkłami okrągłych okularów. Erik nie miał pojęcia czego się spodziewać po rozmowie. 

4 komentarze

  1. Salar to zdecydowanie najciekawsza postać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Yaaay!
      To chyba dlatego, że jest jakieś dwa razy starszy od pozostałych bohaterów =)

      Usuń
    2. Albo to dlatego, że bardzo lubię przeróżne postacie detektywów i tak dalej.
      Pan King w swoim opowiadaniu "Dobre małżeństwo" albo "Dobrane małżeństwo", jak mi ktoś powiedział (w mojej książce była ta pierwsza wersja) przywołał do życia postać pewnego emerytowanego już policja, pracującego nad pewną sprawą. Muszę przyznać, że jego spotkanie było najlepszym fragmentem tego opowiadania i gorąco polecam. Zawsze podobało mi się, jak jest koniec sprawy i detektyw mówi o tym, jak doszedł do różnych wniosków, ogółem tłumaczy sposób, w który udało mu się rozwiązać sprawę. : )

      Usuń
    3. Chyba każdy lubi tę ostatnią scenę w kryminałach =D

      Sama mam słabość do Poirota, który potrafił wyciągnąć naprawdę ważkie wnioski z podsuniętych mu tropów.

      Usuń

Smokobójca

Gdy Imperium toczy wojna domowa, a mniejsze państewka próbują umocnić swoją pozycję, na kontynencie smoki stają się niechcianymi szkodnikami, które niszczą wioski i kradną złoto. Zawód smokobójcy staje się coraz bardziej zyskowny, a wielu próbuje swoich sił w starciu z gadami, jednak tylko nieliczni są w stanie zdobyć kilkuletnie doświadczenie. Erik sam siebie uważa za najlepszego w tej nietypowej profesji, jednak szybko okazuje się, że zabicie smoka jest dopiero początkiem jego problemów. Niespodziewanie staje się jednym ze świadków morderstwa i musi odkryć kto zabił starego bankiera.

Poszukiwany

Podjęte w przeszłości decyzje miały konsekwencję, które Erik nie do końca przewidział. Trudno stwierdzić, czy jakość jego życia wzrosła czy zmalała. Z pewnością było zupełnie inaczej, niż się spodziewał, dlatego w końcu padną pytania, na które nigdy nie chciał odpowiadać.
W tym samym czasie, zaskoczony nieoczekiwanym rozwiązaniem prowadzonej przez siebie sprawy, detektyw Salar zaczął coraz głębiej drążyć w przeszłości rodziny Tremaine. Uzyskane odpowiedzi w niepowołanych rękach mogą okazać się bardzo niebezpieczne dla całego kraju.
W Trezonie sprawy zaczynały przybierać zły obrót dla Białych. Błękitna Księżniczka rozpoczęła wojnę totalną i nie zamierzała się wahać, by ostatecznie przejąć władzę w Imperium.
Świat nie zmienił się jakoś szczególnie odkąd zamordowano pana Tremaine. Imperium dalej walczyło samo ze sobą, a smoki nadal były traktowane jak szkodniki, które napadały na wioski i kradły złoto. Zawód smokobójcy cały czas pozostawał bardzo zyskowny, tylko czy warto ponosić ryzyko, gdy już nie jest się samemu?

Imperium

W zależności od miejsca pochodzenia historyka, kroniki różnią się opisem Upadku Isarii. Trezońscy kronikarze w swoich zapisach podkreślali niewątpliwy talent polityczny imperatora Artema. Przez potomnych został on nazwany Artemem Żelaznym, bowiem jego wola - niczym żelazo - łatwiej pękała niż uginała się. Badacze historii z innych państw natomiast uwielbiają umniejszać jego dokonania, przypisując część pomysłów jego faworycie, księżniczce Aili. Jak było naprawdę? Trudno powiedzieć. Jedno jest pewne, nawet w najbardziej fantastycznie brzmiącej legendzie tkwi ziarenko prawdy.