IV Interludium

Szermierka przypominała Kainowi nieco bardziej brutalną lekcję tańca. Raz, dwa, trzy, wypad i blok. Nie znosił tańczyć. Nie miał za grosz wdzięku i chociaż starał się jak tylko mógł, zawsze deptał swoim partnerkom po pantofelkach. Raz, dwa, trzy, kontra! Cios zadany przez Aidena był bardzo mocny, chociaż Kain nie wątpił, że jego nauczyciel powstrzymuje się od użycia swojej prawdziwej siły. Szkolenie na Cichego Zabójcę obudziło w młodym Lejtonie nieznane wcześniej pokłady mocy. Drugi syn Białego Markiza był naprawdę świetnym wojownikiem i gdy przyjdzie na niego czas, będzie doskonałym gwardzistą. Przyszły imperator ma szczęście, że ktoś taki stoi po jego stronie. Raz, dwa, trzy… Aktor potknął się o własne nogi, gdy spróbował zaatakować swojego „kuzyna”.
– Jeszcze raz. Od początku. – Kain miał już dość lekcji. Od godziny próbował dotknąć Aidena czubkiem treningowego floretu, co miało być końcem treningu. Jednak nic z tego nie wychodziło. Pot już dawno zlepił jego włosy, a zmęczone ciało było jeszcze gorzej skoordynowane niż zazwyczaj. Lewa ręka, którą władał drżała nieprzyjemnie, powoli odmawiając posłuszeństwa. A jeszcze aktora czekał cały dzień wzmożonej pracy. Biały Markiz nie odpuści mu spotkania z Radą Nieustającą. 
– Ta broń jest dla mnie za ciężka! – jęknął, ściągając rękawiczki.
Aiden przyglądał się Kainowi bez cienia współczucia. Chociaż aktor od lat wcielał się w postać jego ukochanego kuzyna, najmłodszy Lejton konsekwentnie odmawiał obdarzenia go jakimiś cieplejszymi uczuciami. Erik, prawdziwy książę Trezonu, zawsze pozostawał niedoścignionym wzorem dla chłopaka, który teraz kucał przed swoim „uczniem”.
Adept na Cichego Zabójcę był wysokim, dwudziestodwuletnim młodzieńcem. Jego niepozorny wygląd nie mógł bardziej mylić przeciwnika – chudy i żylasty, obecnie w sztuce fechtowania przewyższał nawet swoich dawnych mistrzów. Kain podejrzewał, że nie będzie przesadą nazwanie Aidena najlepszym szermierzem w imperium, czy jednym z najlepszych na całym cywilizowanym świecie.
– Jak będziesz cały czas siedział, zrobisz się jeszcze bardziej gruby. – Syn markiza miał jasną, niemalże dziecięcą twarz, którą mógł zdobić co najwyżej delikatny, młodzieńczy meszek. Mimo tego potrafił wbijać złośliwe szpilki niemal z chirurgiczną precyzją, czego najwyraźniej nauczył się od swojego starszego brata.
Owszem, może i Kain nigdy nie miał sylwetki atlety, ale przecież nigdy też był zupełnie otyły. Bycie nieco większego rozmiaru, niż przeciętny to żaden grzech. Zwłaszcza, gdy grał przed całym światem księcia, mającego do dyspozycji najlepszych kucharzy na świecie. Okropnym marnotrawstwem byłoby odmawiać spróbowania tak pysznych dań, jakimi był częstowany.
– Książę też był gruby – mruknął aktor. Niemal natychmiast poczuł puntę, wpijającą się w jego ciało, tuż pod obojczykiem. To jego smarkaty nauczyciel postanowił dać trochę upustu swojej frustracji. Jak wszyscy Lejtonowie, czuł się okropnie dotknięty ucieczką krewniaka i trudno było przewidzieć jego reakcję na ewentualny powrót marnotrawcy. Czasami Kain zastanawiał się, czy im w ogóle zależy na powrocie nieznośnego księcia. Przecież to mogłoby przewrócić do góry nogami układ sił w stronnictwie Białych.
– Był nabity, nie gruby – poprawił Aiden. – I potrafił rozbroić mnie w trzech ruchach.
Duży i gruby piętnastolatek rozbrajający chudego dwunastolatka. Też wielkie osiągnięcie, pomyślał w duchu Kain, niech teraz spróbują pojedynku. Nie miał wątpliwości, kto wyszedłby zwycięsko z tego starcia. Bez względu na to, jak dobry był nieznośny książę, zwyczajnie musiał przegrać w starciu ze swoim młodszym kuzynem. Cisi Zabójcy nie byli pierwszymi z brzegu ludźmi, to istne potwory w ludzkiej skórze, zdolne do nieludzkich czynów.
Aktor nigdy nie dopytywał o szczegóły ze szkolenia młodziaka – cały program rygorystycznie objęty był tajemnicą, ale słyszał plotki, mówiące o iście morderczych próbach. Chłopcy od najmłodszych lat poddawano wyczerpującym treningom w sztukach walki, używaniu wszelkiego rodzaju broni i akrobacji. W miarę postępów, adeptów dogłębnie uczono o truciznach i ich antidotach, języków i podstaw strategii, tak by każdej chwili mogli służyć radą i pomocą imperatorowi. Często ich karano za najmniejsze przewinienia, tym samym uodparniając na ból oraz przyzwyczajając do dyscypliny. Spośród ogromu chętnych, niewielu chłopców osiągało należyte umiejętności. Kain cały czas zachodził w głowę, co w takim towarzystwie robił syn markiza i to jeszcze nie byle kogo, ale samego Białego Markiza. W grę wchodziły jakieś ambicje, wpływy, czy co? Przecież nie mogło chodzić tylko o spokojną emeryturę i dostatek, w który opływali gwardziści po skończeniu służby…
– Wstawaj! – ponaglił Aiden. – Ojciec będzie bardzo zły, jeśli nie skończymy treningu do południa.
Kiedy Kainowi zaproponowano wcielenie się w rolę nieznośnego księcia, był pewny, że złapał szczęście za nogi. Wydawało mu się, że pomysł, by otrzymywać co roku olbrzymią wtedy w wyobrażeniu chłopaka pensję, w zamian za udział w balach i przyjęciach to spełnienie marzeń. Książę musiał być szalony, skoro z własnej woli zrezygnował z tego wszystkiego. Niestety, szybko okazało się, że ta pensja jest zaledwie pyłem na książęcym skarbcu, a zamiast bali czekały go obrzydliwie nudne spotkania z Radą Nieustającą, żołnierzami czy nauka. Niestety, nikt nie mógł przewidzieć, że aktor okaże się być beznadziejnym uczniem, a przyswajanie informacji będzie stanowiło dla niego prawdziwą udrękę. Niektórzy nie byli stworzeni do bycia mądrymi, ale Biały Markiz wydawał się tego nie akceptować. Gdy Kain chciał wycofać się z tej całej farsy, dał chłopakowi jasno do zrozumienia, co go czeka. W podobny sposób wybił mu z głowy pomysł ewentualnej zdrady. By przeżyć, musiał dalej ciągnąć swoją grę, mając świadomość, że wystarczy jeden fałszywy ruch, by niemal zawsze towarzyszący mu Cisi Zabójcy pozbawili go głowy.
Obolały aktor w końcu wykonał polecenie swojego nauczyciela, niepewnie chwytając floret lewą dłonią. Stanął w rozkroku, chowając wolną rękę za plecy, po czym niedbale zamachnął się. To był jego błąd, bo broń, którą uczył się władać nie służyła do cięć a wyłącznie do pchnięć. Potknięcie natychmiast zostało bezlitośnie wykorzystane przez młodego Lejtona. Kain otrzymał pięć mocnych kłuć w tors, nim zdążył cokolwiek zrobić.
– W prawdziwym pojedynku już byś nie żył. Jeszcze raz.
– Do prawdziwego pojedynku nigdy by nie doszło – odparował aktor. Nie było przecież nikogo wystarczająco odważnego na świecie, by żądać satysfakcji od księcia Trezonu. A nawet jeśli ktoś taki by się znalazł, to przecież pozostawali jeszcze Cisi Zabójcy. Władca nie musiał osobiście brać udziału w pojedynkach. – Jestem księciem, nie potrzebuję znać się na wszystkim.
Aiden zmroził wzrokiem oszusta.
– Jesteś nikim – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Lepiej dla ciebie, byś o tym nie zapominał.
– Ale jesteś dzisiaj dobitny. – Do sali gimnastycznej weszła Porcja Lejton, najstarsza z rodzeństwa. – Myślałam, że po śniadaniu ci przejdzie.
Powoli dobijała trzydziestego roku życia i cały czas pozostawała niezamężna, poświęcając swoje życie nauce. Dzięki wpływom jej ojca, który wspierał jej ambicje, rektor Uniwersytetu w Tarmicie zmienił zasady rekrutacji, otwierając mury uczelni na kobiety. Porcja z wyróżnieniem ukończyła medycynę, stając się swoistym ewenementem wśród śmietanki towarzyskiej. Kain nawet lubił córkę Białego Markiza. Odważna i dowcipna, jako jedyna z rodzeństwa wydawała się iść własną drogą. Mimo tego, za każdym razem niepokoił się słysząc plotki służby.
Podobno chciał wydać ją za mąż za swojego nieodrodnego siostrzeńca i umocnić tym swoją władzę. Oficjalnie nie było żadnych powodów by zwlekać z tym pomysłem, dlatego aktor szczerze bał się, że to na niego spadną obowiązki pana młodego. A Porcja, chociaż bardzo mądra, nie była pięknością. Sylwetkę miała niemal taką samą jak jej młodsi bracia: wysoką i chudą, praktycznie pozbawioną kobiecych krzywizn. Jej włosy w mysim, bliżej nieokreślonym kolorze zawsze pozostawały w nieładzie, a spojrzenie miała twardsze od niejednego mężczyzny. Mając jakikolwiek wybór, Kain nigdy nie wybrałby sobie takiej żony.
– Zostaw to teraz. Ojciec chce was widzieć. Obu. Jest bardzo zdenerwowany, ale nie chciał mówić o co dokładnie chodzi. Pewnie nasza droga kuzyneczka wywinęła mu jakiś brzydki numer. – Kain odetchnął z ulgą. Wezwanie przez markiza oznaczało koniec okropnego treningu.
Nie pytając o nic Aiden natychmiast gotowy był odpowiedzieć na wezwanie ojca. Zawsze tak było, wszyscy tańczyli dokładnie tak, jak zagra im markiz, bez względu na to czy chodziło o sprawy wagi państwowej, czy o podanie cukiernicy, której nie mógł sięgnąć. Kain nie rozumiał tego fenomenu. Jak tak zimny i pozbawiony skrupułów człowiek cieszył się aż tak dużym poważaniem? Słowo markiza stało się ważniejsze od słów księcia, co w ogóle nie podobało się aktorowi.
Siedem Wież, zajmowane obecnie przez stronnictwo księcia był olbrzymim kompleksem, położonym na wschodzie kraju, stosunkowo niedaleko granic z Neustią. W przeciwieństwie do Pałacu Zimowego, nie był twierdzą, a liczącą sobie ledwie pięćdziesiąt lat rezydencją wybudowaną na rozkaz imperatora Lewa, pradziadka księcia. Początkowo pałac ten miał być tylko tymczasową siedzibą, zbudowaną jedynie na okres unowocześniania Pałacu Zimowego, jednak przedstawione projekty tak bardzo spodobały się władcy, że postanowił urzeczywistnić je ze wszelką możliwą pompą.
Dlatego obecnie, Kain nie mógł powstrzymać się od rozglądania po zdobionych złotem korytarzach, malowanych sztukateriach czy sufitach zdobionych freskami. Chociaż przebywał w tym miejscu nieprzerwanie od niemal siedmiu lat, miał wrażenie, że z każdą taką wędrówką odkrywa nowe, niespotkane wcześniej dzieło, które wywoływało w nim piorunujące wrażenie.
Aiden i Porcja szli w milczeniu, kilka kroków za aktorem. Chociaż zamknięci we wspólnych czterech ścianach, nie ukrywali swojego poczucia wyższości nad nim, oficjalnie musieli zachowywać pozory. Oficjalnie, w oczach całego świata, to Kain był księciem. Do gabinetu Białego Markiza wszedł bez pukania – musiał przed służbą zgrywać pana całego świata, chociaż tak naprawdę bardzo bał się powodów wezwania.
– Ah, Wasza Wysokość! – Wszyscy obecni w gabinecie Białego Markiza wstali przed Kainem, skłaniając mu się nisko. Aktor natychmiast rozpoznał członków Rady Nieustającej, stojących po stronie księcia. Przy sporym mahoniowym stole zastawionym pysznymi przekąskami siedziało pięciu starych ludzi i jeden młody. Ten ostatni to Zain Lejton, syn Białęgo Markiza uczył się od ojca sztuki zdobywania władzy.
Kain starannie wyuczonym gestem skinął na zebranych, tym samym pozwalając im usiąść. Sam zaś zajął najbardziej ozdobne krzesło, usytuowane w honorowym miejscu. Niemal natychmiast sięgnął po najbliższy talerz zastawiony drożdżowym ciastem.  Porcja i Aiden musieli natomiast zająć miejsca przy ścianie, poza gronem członków Rady Nieustającej.
– Więc? Czemu mnie tutaj wezwałeś, wuju? – Aktor zapytał tak pretensjonalnym tonem, jak tylko było to możliwe.
Liam Lejton był starym i wyraźnie zmęczonym życiem mężczyzną. Jego niegdyś złote włosy przerzedziły się tak bardzo, że spomiędzy białych kosmyków widać było już zaczątki łysiny. Sylwetka była nadmiernie chuda i wyraźnie zgarbiona, a dłonie zniszczone i zgrabiałe. Markiz stanowił zupełne przeciwieństwo swojego starszego syna, obecnie w kwiecie wieku, który znajdował się tuż obok niego, co potęgowało kontrast między nimi. Zaledwie rok starszy od księcia młodzieniec, siedział prosto w beżowym, równo skrojonym surducie. Jego włosy, podobnie jak u siostry, miały nijaki kolor, ale to, czego Kain najbardziej się w nim bał, to lodowo błękitne oczy, teraz schowane za szkłami okularów. Zain miał zimne, pozbawione wszelkich uczuć spojrzenie.
– Jak księciu wiadomo, od tygodni szukamy finansowego wsparcia dla naszej sprawy. Utrzymanie ludzi i porządku, kosztuje nas niebotyczne sumy każdego dnia, a poświęcenie państwowych kopalń złota, było niezbędne, do wykrwawienia sił podległych waszej zdradzieckiej siostrze – zaczął tłumaczyć markiz. Kain od czasu do czasu kiwał głową, zajadając się pysznym ciastem z, jak się okazało, rabarbarem. Słowa „wuja” niewiele go interesowały i tak ostatecznie to nie on podejmie decyzję. – Inne państwa boją się ingerować w nasze wewnętrzne sprawy, dlatego zacząłem szukać wsparcia wśród osób prywatnych.
– Wasza Wysokość, to szaleństwo! – odezwał się Pierwszy Generał Białych, Jetr Mugrid. – Żaden człowiek na świecie nie ma środków finansowych wystarczających, by nam pomóc. To, co powinniśmy teraz zrobić, to skierować nasze siły na odbicie kopalni złota w Tet i Fort. Są najbardziej zasobne i we dwie w zupełności wystarczą na nasze potrzeby!
– Właśnie tego spodziewają się nasi przeciwnicy! – zaprotestował natychmiast Zain. Powiedziałby coś więcej, ale Biały Markiz uciszył go gestem ręki.
– Chociaż obawy generała są uzasadnione, myli się, twierdząc, że nikt na świecie nie ma wystarczających środków – przemówił spokojnie. – Niestety, podstępni Neustijczycy wiele zyskali na naszych wewnętrznych sporach, ich złota korona jest cenna jak jeszcze nigdy dotąd. Myślę, że nie zaszkodzi porozmawiać z ich największymi bankierami o pożyczce.
– Mówisz o rodzinie Tremaine, markizie? – prychnął hrabia Basin Timber, minister spraw wewnętrznych księcia. Był to zupełnie łysy człowiek mierzący imponujące siedem stóp wzrostu. – To parweniusze bez żadnych politycznych koneksji. Nie będą w stanie nam pomóc.
– Wręcz przeciwnie. Zgromadzony przez nich kapitał jest dość duży, by mogli sponsorować wojnę jeszcze przez kolejny rok, a później pomóc w odbudowywaniu potęgi naszego imperium – sprostował natychmiast Liam Lejton. – Myślę, że udzielenie im prawa do rozszerzenia zasięgu ich interesu na całe imperium wystarczy, by skłonić ich do pomocy. Co o tym sądzi Jego Wysokość?
Kain przez moment udał zamyślenie. Doskonale wiedział, że decyzja została już dawno temu przesądzona, brakowało jedynie oficjalnego pozwolenia. Wydawanie go było jednym z najważniejszych elementów jego roli. Władza Białego Markiza nigdy nie sięgałaby tak daleko, jeśli nie działałby w imieniu księcia – w oczach wielu prawowitego władcę imperium.
– Tak, myślę, że to dobry pomysł – oświadczył w końcu, wywołując wściekłość wśród pozostałych polityków.
– Rok? – zapytał generał Mugrid. – Tylko rok? To zbyt mało, by skończyć nasz konflikt. A co później? Kopalnie są nam w stanie zapewnić dochody na o wiele dłuższy czas. Panie, z całym szacunkiem dla markiza Lejtona, ale uważam, że w tej sprawie się myli. Nie stać nas na bycie aż takimi optymistami.
– To nie optymizm, generale, a realna ocena sytuacji. Ludzie odwracają się od Avy, która nie potrafi dostosować się do nowych sytuacji. Nasza przewaga nad nią od lat powoli, acz nieustannie się powiększa. Jesteśmy w stanie zakończyć ten konflikt w ciągu najbliższego roku, jeśli nie stracimy płynności finansowej. – Po markizie nigdy nie było widać kiedy blefuje, a kiedy mówi to, co naprawdę myśli. Aktor miał ogromne wątpliwości co do prawdziwości stwierdzenia. Nie przejął się tym jednak, znając swoją rolę. Po raz kolejny powtórzył sobie w duchu: to nie on ma decydować.
Wojna między księciem, a księżniczką nie wybuchła nagle. Właściwie, konflikt między nimi narastał jeszcze za życia poprzedniego imperatora, odpowiednio podsycany przez rywalizujących ze sobą Lejtonów i Kortajów. Imperatorowa Obedia, młodsza siostra Białęgo Markiza, niezwykle skutecznie podsycała ambicje swojego syna, jednocześnie odmawiając wsparcia córce. Niestety, plotki uparcie milczały, unikając podania przyczyny takiego stanu rzeczy.
W miarę upływu czasu, konflikt powoli zaostrzał się, a nagła śmierć imperatora Artema nie pomogła w złagodzeniu go. Jego pogrzeb odbył się z należytą starannością. Postronni gotowi byli przysiąc, że rodzeństwo oddało sobie należyty szacunek i zachowywało się „poprawnie” względem siebie nawzajem. Wszystko przekreśliło spotkanie Rady Nieustającej pod przewodnictwem Lejtonów. Na nim, powołując się na testament poprzedniego władcy, ustalono, że imperatorska korona powinna trafić do księcia Erika, nie jego starszej siostry.
Ta decyzja rozpętała prawdziwe piekło w Trezonie. Zakładanie, że można je skończyć w zaledwie rok, wydawało się Kainowi zupełnie nieprawdopodobne. Z drugiej strony, Biały Markiz słynął z podejmowania nieprawdopodobnych decyzji, które okazywały się najlepszym możliwym rozwiązaniem problemu.
– Wuj ma rację – odezwał się w końcu aktor. – Skończmy to jak najszybciej.
Na czterech twarzach z pięciu członków Rady Nieustającej odmalowało się niedowierzenie, ale żaden polityk nie ośmielił się zanegować decyzji księcia. Jeśli od początku wiedzieli, że przytaknie wujowi, to potrafili bardzo dobrze udawać zdziwienie. Nie wdając się w zbędne dyskusje, pospiesznie przedstawili Kainowi najbardziej palące problemy i propozycje ich rozwiązań. Wyraźnie nie chcieli tracić czasu swojego władcy. Gdy spotkanie dobiegło końca, rozpierzchli się, a w gabinecie został jedynie Biały Markiz ze swoimi dziećmi i generał Mugrid. Przez chwilę w pokoju panowała cisza, a Aiden z nadzwyczajną starannością pozamykał wszystkie drzwi i okna, upewniając się, że nikt nie podsłucha rozmów. Gdy skończył, właściwie natychmiast głos zabrał generał.
– Rok? To zbyt mało. Może uda nam się w tym czasie zabić Avę, ale wtedy Kortajowie bez wątpienia będą walczyć w imieniu ich córek. Już teraz są strzeżone dniami i nocami, gdy zginie ich matka, świat w ogóle nie będzie miał do nich dostępu. Jak chcesz skończyć wojnę w rok?
Biały Markiz skrzywił się, słysząc propozycję. Mimo, że czasami bywał bezwzględnym politykiem, myśl by zwyczajnie zamordować dzieci w imię własnych wpływów wydała się być zbyt okrutna nawet dla niego. Przecież sam był ojcem.
– Dziewczynki nie są niczemu winne. Chociaż to bez wątpienia najczulszy punkt Avy, nie musimy ich skrzywdzić – zarządził stanowczo.
– Nie możemy też prowadzić wojny w nieskończoność, zwłaszcza teraz – dodał Zain w nieśmiałym proteście przeciwko ojcu. – Tato, jeśli Kortajowie dowiedzą się jak trudna jest nasza sytuacja, będą próbować wziąć nas głodem. A przez naszego kochanego kuzyna – młody mężczyzna niemal wypluł te słowa – nie możemy próbować pertraktować z Avą i doprowadzić do podziału Imperium.
Kain spuścił głowę. Chociaż mógł się starać najlepiej jak potrafił, głupotą byłoby myśleć, że udałoby się oszukać osoby najbliższe nieznośnemu księciu. A brak księcia po stronie markiza natychmiast odwróciłby siły w czasie wojny. Dlatego część wiernej służby zniknęła, a Biali od lat odmawiali spotkania z siostrą. Księżniczka Ava bez wątpienia natychmiast rozpoznałaby mistyfikację. 
– Tak, zniknięcie tego rozkapryszonego dzieciaka bardzo skomplikowało naszą sytuację – zgodził się generał Mugrid. – Jednak gdyby wpadł w ręce księżniczki albo Kortajów już dawno byśmy o tym wiedzieli. Możliwe, że skończył jako bezimienne ciało w zbiorowym grobie.
– Albo włóczył się po świecie jako bezimienny smokobójca, który obecnie przebywa w stolicy Neustii – uśmiechnął się pod nosem Liam Lejton. Spokój z jakim oświadczył to co wie, był zupełnie nieadekwatny do szoku, jakiego doznali zebrani.
Zain aż ściągnął okulary, podczas gdy jego usta pozostały rozdziawione. Porcja pisnęła cicho, przyciskając dłonie do ust, a Aiden podskoczył w miejscu. Generał Mugrid zastygnął w bezruchu, a Kain pokiwał głową nie wiedząc, czy jest szczęśliwy, czy może raczej przerażony. Powrót prawowitego księcia oznaczał, że jego lekcje dobiegają końca i będzie mógł znowu zacząć żyć własnym życiem.
– Skąd to wiesz, tato? – Pierwszym, który odzyskał głos był adept na Cichego Zabójcę. – To pewne? Erik jest w Monkii? Musimy zaraz po niego jechać, nim znowu gdzieś ucieknie!
– No właśnie, tato. Jesteś pewny, że to on? Nie możemy sobie pozwolić na jakiś błąd, jeśli ludzie się zorientują, że nie gościmy prawdziwego księcia…
– Ludzie już teraz gadają – przerwał Zainowi Biały Markiz. – Wy chłopcy możecie tego nie pamiętać, ale Porcja z pewnością dobrze wspomina księżniczkę z Larskich, prawda? Wspaniała dziewczyna, gościliśmy ją przez kilka tygodni. Bardzo, bardzo utalentowana, chociaż opatrzność odmówiła jej i urody, i pieniędzy. To właśnie jej ślub z wnukiem starego Antosa Tremaine kazał mi przyjrzeć bliżej kapitałowi tych neustijskich bankierów, który okazał się być zaskakująco okazały.
– Aż dziwne, że nie postanowiłeś samemu zgarnąć pulę. – Na twarzy generała Mugrida pojawił się cwany uśmiech, zupełnie nie pasujący do powagi rozmowy.
– Oczywiście, że próbowałem – przyznał natychmiast stary arystokrata. Ton jego głosu był lekki, jakby dotyczył jakieś mało frasobliwej sprawy. – Kilka miesięcy temu podsunąłem Larskiej służącego, który zbadał dla mnie sytuację w rodzinie. Gdy nie odkrył niczego szczególnie niepokojącego, wysłałem do starego pytanie w imieniu Zaina o rękę jego wnuczki.
Starszy syn Liama Lejtona wydawał się być szczerze zaskoczony wyznaniem ojca. Podobnie jak reszta obecnych, wydawał się być pewny, że jest jedynym, który zna wszystkie plany Białego Markiza. Kain zauważył, jak drży mu ręka, gdy z powrotem zakładał okulary na nos. Tak szokująca informacja musiała być okropnym policzkiem dla jego ego.
– I jaka jest odpowiedź? – zapytał, nieudolnie udając obojętnego.
– Po trzech tygodniach oczekiwania otrzymałem bardzo uprzejmy, acz odmowny list napisany ręką jego wnuczki. – Kain był pewny, że odmowna odpowiedź stanowiła drugi, paskudny upadek na ziemię. Trudno było mu się dziwić takiej decyzji. Ożenek z Lejtonami w obecnej sytuacji to prawie jak samodzielne wejście do klatki z wygłodniałym tygrysem. Ryzyko było zbyt duże, a zyski zbyt małe, by ktokolwiek chciał się w to pakować. Co oczywiście się zmieni, gdy tylko wygrają wojnę.
– Rozumiem – burknął wściekle młody polityk, krzyżując ręce na piersiach. Jego rodzeństwo z trudem tłumiło wredny śmiech, co jeszcze pogarszało atmosferę w gabinecie. – Tak czy inaczej, skąd twoja pewność, że to naprawdę Erik?
– Nie mam takiej pewności, przynajmniej dopóki nie spotkam go osobiście – przyznał Biały Markiz. – Niemniej, mój człowiek u Larskiej wyraził się dostatecznie jasno, mówiąc o „uderzającym podobieństwie” między przybyłym smokobójcą, a naszym księciem. Dlatego najlepiej będzie, jeśli ktoś z nas osobiście to sprawdzi. Właściwie to nawet okoliczności są dla nas sprzyjające. Stary Tremaine zginął, więc nic nie stoi na przeszkodzie, żebyś pojechał negocjować w naszej sprawie, a może uda ci się również zdobyć narzeczoną.
Nagle najmłodszy z rodzeństwa wybuchnął szyderczym śmiechem, który w nieco mniejszym stopniu udzielił się jego starszej siostrze. Myśl, że Zain, który posiadał wrażliwość kamienia i grację worka ziemniaków, mógłby uwieść jakąś dziewczynę, wydawała się być śmieszna nawet Kainowi. Aktor jednak nie odważył się wyśmiać ulubionego dziecka Białego Markiza.
– Aiden oraz dwóch Cichych Zabójców będą ci towarzyszyć w podróży. Warto, żebyś wziął ze sobą kilku bliskich ludzi. Jeśli to rzeczywiście Erik, może stawiać opór, a chcemy uniknąć scen.

Nikt nie ośmielił się nie zgodzić z tym stwierdzeniem. Jeśli mają sprowadzić księcia z powrotem muszą zrobić to szybko i dyskretnie. Kain zastanawiał się tylko, w jaki sposób zamierzają niepostrzeżenie przejechać przez kraj ogarnięty wojną. 

5 komentarzy

  1. Witaj!
    Na ocenialni WS pojawiła się ocena twojego bloga!
    https://wspolnymi-silami.blogspot.com/2016/10/96-ocena-bloga-ostatnia.html

    Serdecznie pozdrawiamy,
    ekipa WS.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cześć.

    Ale świetną intrygę wymyśliłaś! Naprawdę.
    Tu "niby zupełnym przypadkiem" Erik trafił na pannę, która należy do rodu, który mógłby bardzo, ale to bardzo pomóc w wojnie. I jeszcze tamta rodzina myślała, żeby wydać za księcia jedną z córek. Przyznaję, że nie za dobrze pamiętam co się wcześniej działo, a jestem zbyt leniwy, żeby czytać wszystko od początku, ale co nieco mi świta. ; )
    Cóż, musisz więcej pisać, żeby jak najszybciej skończyć opowiadanie, bo jestem ciekaw co się jeszcze wydarzy.

    Ogółem fajna ocena, ale miałem wrażenie, że ekipa siedziała nad każdym zdaniem. I tak przez całe opowiadanie, zdanie po zdaniu. X)

    Trochę smutno, że nie ma mojego bloga w czytanych przez Ciebie. Czy to znaczy, że... że... nie czytasz mnie...? :(

    Pozdrawiam serdecznie,
    graf zer0.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej,
      na początku: nie. Jak się pewnie domyślasz po moim ostatnim komentarzu u Ciebie, to oznacza, że ostatni raz aktualizowałam tę zakładkę przed powstaniem cyberpunkowych opowieści.

      Ocenę uważam za bardzo pomocną. Razem z między innymi Twoimi komentarzami mam bardzo duży wykaz elementów, które muszę poprawić w pierwszych rozdziałach tej historii (i kiedyś to zrobię. Naprawdę!), tak więc jestem bardzo zadowolona z pracy wykonanej przez ekipę.

      A co do fabuły, to cóż... Zrobiłam sobie przerwę w pisaniu i w ogóle w mojej aktywności na internetach, ale od dłuższego czasu walczę z własnym leniem i chyba uda mi się dobrnąć do samego końca (ale sza! nie zapeszam). Na razie mój plan się jeszcze nie posypał, tak więc działam. Piszę i bardzo się cieszę, że mimo wszystko udało mi się dalej wzbudzać Twoją ciekawość =)

      Usuń
    2. Zawsze możesz rozejrzeć się za kimś, kto będzie sprawdzał Twoje opowiadanie/a. Ja tak zrobiłem, czekam teraz na pierwsze opowiadanie. Kolejne już się tworzy i będzie czekało na sprawdzenie.

      Tylko nie wpadnij w ciąg poprawiania jak ja. "Wszystko zaczyna się w barach" już tyle razy pojawiło się na moich blogach, że nie da się zapamiętać. Mam nadzieję, że to będzie już ostatni raz, kiedy je opublikuję. : )

      Chyba na samym początku mówiłem, że bardzo mi się podoba Twoje opowiadanie. Chyba, nie pamiętam już.

      Pozdrawiam serdecznie,
      graf zer0.

      Usuń
    3. Cóż... Cieszę, że dobre wrażenie nie minęło i jako-tako trzymam poziom, skoro w dalszym ciągu historia Ci się podoba =) Bo to wcale nie jest takie oczywiste.

      Co do poprawek, to po wielu próbach doszłam do wniosku, że na razie nie ma sensu zbyt mocno redagować tekstu na bieżąco, póki nie skończę całości. Raz - boję się, że pogrzebię samą siebie w jakiś szczegółach, które mogą mi brzydko pozmieniać całość i nic nie będzie spójne. Dwa - mam ograniczone zasoby czasu, więc jeśli poświęce go na poprawki, w życiu nie skończę tego opowiadania. Trzy - naprawdę, ten tekst mi nie ucieknie. Nie ma znaczenia, czy zabiorę się za niego już, za dwa dni, czy za dwa lata.

      Usuń

Smokobójca

Gdy Imperium toczy wojna domowa, a mniejsze państewka próbują umocnić swoją pozycję, na kontynencie smoki stają się niechcianymi szkodnikami, które niszczą wioski i kradną złoto. Zawód smokobójcy staje się coraz bardziej zyskowny, a wielu próbuje swoich sił w starciu z gadami, jednak tylko nieliczni są w stanie zdobyć kilkuletnie doświadczenie. Erik sam siebie uważa za najlepszego w tej nietypowej profesji, jednak szybko okazuje się, że zabicie smoka jest dopiero początkiem jego problemów. Niespodziewanie staje się jednym ze świadków morderstwa i musi odkryć kto zabił starego bankiera.

Poszukiwany

Podjęte w przeszłości decyzje miały konsekwencję, które Erik nie do końca przewidział. Trudno stwierdzić, czy jakość jego życia wzrosła czy zmalała. Z pewnością było zupełnie inaczej, niż się spodziewał, dlatego w końcu padną pytania, na które nigdy nie chciał odpowiadać.
W tym samym czasie, zaskoczony nieoczekiwanym rozwiązaniem prowadzonej przez siebie sprawy, detektyw Salar zaczął coraz głębiej drążyć w przeszłości rodziny Tremaine. Uzyskane odpowiedzi w niepowołanych rękach mogą okazać się bardzo niebezpieczne dla całego kraju.
W Trezonie sprawy zaczynały przybierać zły obrót dla Białych. Błękitna Księżniczka rozpoczęła wojnę totalną i nie zamierzała się wahać, by ostatecznie przejąć władzę w Imperium.
Świat nie zmienił się jakoś szczególnie odkąd zamordowano pana Tremaine. Imperium dalej walczyło samo ze sobą, a smoki nadal były traktowane jak szkodniki, które napadały na wioski i kradły złoto. Zawód smokobójcy cały czas pozostawał bardzo zyskowny, tylko czy warto ponosić ryzyko, gdy już nie jest się samemu?

Imperium

W zależności od miejsca pochodzenia historyka, kroniki różnią się opisem Upadku Isarii. Trezońscy kronikarze w swoich zapisach podkreślali niewątpliwy talent polityczny imperatora Artema. Przez potomnych został on nazwany Artemem Żelaznym, bowiem jego wola - niczym żelazo - łatwiej pękała niż uginała się. Badacze historii z innych państw natomiast uwielbiają umniejszać jego dokonania, przypisując część pomysłów jego faworycie, księżniczce Aili. Jak było naprawdę? Trudno powiedzieć. Jedno jest pewne, nawet w najbardziej fantastycznie brzmiącej legendzie tkwi ziarenko prawdy.