2.Biesiada

Erik uwielbiał wracać do miejsc, które były nękane przez smoki. Jako wyjątkowo skuteczny smokobójca, cieszył się tam szacunkiem i poważaniem na tyle dużym, by przez cały swój pobyt nie musieć martwić się ani o nocleg, ani o jedzenie, ani o alkohol, ani o żadne inne rozrywki. Tym razem nie było inaczej i nawet jego urocza pasażerka nie stanowiła problemu dla okolicznych ludzi.
– Moje ty biedactwo... – Tęga żona karczmarza rozczesywała grzebieniem mokre pukle dziewczyny. Narietta miała na sobie stanowczo zbyt dużą, brązową koszulę karczmarki i czarną spódnicę jej dwunastoletniej córki. – Tyle przejść, tyle... Prawda, że ten smok był wyjątkowo przerażający, panie smokobójco?
– Prawda – mruknął Erik znad kufla grzanego piwa. Nigdy nie wyprowadzał z błędu ludzi, którzy myśleli, że miał do czynienia z groźniejszym przeciwnikiem, niż to było z rzeczywistości. – Najstraszniejszy w całej mojej karierze.
– I naprawdę miał ślepia wielkości pięści? – dopytywała kobiecina, zaplatając włosy Nari w gruby warkocz.
– Naprawdę. – Smokobójca zamyślił się. Chociaż dzisiaj triumfował, to miał wrażenie, że poszło mu stanowczo zbyt łatwo, a wiele rzeczy odbiegało od porządku, do którego był przyzwyczajony.
– I skrzydła o błonach grubych na cal? – Pierwsza rzecz, jaskinia. W Zachodnich Górach jaskinie pełne iluminacji nie były czymś wyjątkowym, ale wszelkie znane Erikowi smoki wybierały te ciemne, ponure i suche. Mogły tam w spokoju zaszywać się na swoich stosach złota i spać. Gdy pojawiał się intruz, wiedziały o tym, bo miały szczególnie wyczulony węch.
– Tak. – Druga rzecz, złoto w skrzynce. Po co smok, będący bestią tudzież w zależności od interpretacji, zwierzęciem, miałby chować złoto w skrzynce? Zwłaszcza w tak niewielkiej ilości? Nawet liczne, młode smoki, które Erik tropił za dzieciaka miały większe skarbce niż to coś, z czym dzisiaj się starł.
– I zionął piekielnym ogniem? – Trzecia rzecz, sam smok. Był znacznie mniejszy, niż średnie dorosłe osobniki i w ogóle Erik prędzej nazwałby go wiwerną, niż smokiem. Ale w przeciwieństwie do swoich mniej rozwiniętych kuzynów, smoki mówiły. A ten skarłowaciały gad bez dwóch zdań przemówił do niego.
– Nie, nie wszystkie smoki potrafią ziać ogniem. Ten, to zwykła, zielona gadzina. – No i w końcu ona, porwana przez smoka dziewczyna w kajdanach. W trakcie krótkiej przejażdżki do karczmy przedstawiła się jako Narietta mieszkająca w stolicy, co już w ogóle wydawało się być zupełnie pomylone. Stolica była dwa dni drogi automobilem od Zachodnich Gór, co z pewnością było zbyt odległym miejsce, by tak mały smok wyruszał tam na łowy. No i wreszcie kajdany... Jak niby smok miałby założyć jej kajdany?!
– Pan wiele wie o smokach, prawda? – odezwała się cicho Nari, gdy w końcu gospodyni skończyła ją szykować.
– Taka praca.
Erik wzruszył ramionami. Przez moment wydawało mu się, że dziewczyna chce zadać mu pytanie, ale nie zdążyła. Do przydzielonej mu izby wpadł wyraźnie zadowolony karczmarz.
– No, panie smokobójco, pan dzisiaj pije na mój koszt! – oświadczył rubasznie, a gość ani myślał mu odmówić.
Wieczorna feta była wspaniała. Skarłowaciały czy nie, smok musiał naprawdę zaleźć za skórę okolicznym mieszkańcom, bo Erik już dawno nie miał do czynienia z takim hucznym świętowaniem. Karczmarz wytoczył z piwnic beczki najlepszego piwa, a okoliczne gospodynie naznosiły mnóstwo odświętnych potraw. Pospiesznie zebrani muzycy przygrywali wesołe melodie i nawet tak mocno nie fałszowali. To był naprawdę przyjemny wieczór.
Gdy zaczęły się tańce, smokobójca nie mógł opędzić się od rumianych panien. Każda jedna była ładniejsza od drugiej i wszystkie chciały chociaż raz zatańczyć z bohaterem. Pozwalały też łapać się za kolana, a gdy Erik wypił więcej niż powinen - prawić sobie oślizgłe komplementy. Gołowąsy zaś patrzyły na to wszystko z zazdrością. Teraz, gdy było po kłopocie, każdy z nich z pewnością uparcie twierdził, że też poradziłby sobie z okolicznym smokiem. Ale nie miał czasu, bo trwają żniwa. Kilkoro odważniejszych chłopców próbowało też wyciągnąć na parkiet Nariettę, ale ona uparcie wszystkim odmawiała.

Erik wypijał piwo za piwem, a świat wokół niego robił się coraz weselszy i bardziej zakręcony. Jego tańce robiły się coraz bardziej żywiołowe, a chętnych do tańca partnerek było coraz mniej. W pewnym momencie pamięć smokobójcy zawiodła. Wiadomo mu było jedynie, że następnego dnia obudził się w izbie sam (co było dziwne), z podbitym okiem (co było jeszcze dziwniejsze) i bez gotówki (co było zupełnie nie do pomyślenia!).

5 komentarzy

  1. Witaj.

    Pierwsza myśl po przeczytaniu tego "rozdziału": już koniec? Pewnie wyjdzie, że słodzę, ale rzeczywiście szkoda, że to już koniec tego tekstu. Przyzwyczajony jestem do czytania dłuższych rozdziałów, takich od kilkunastu stron do kilkudziesięciu i tych parę akapitów to zdecydowanie za mało, jak dla mnie. Tym bardziej, że czyta się bardzo fajnie. Masz lekki i przyjemny styl pisania, nie zauważyłem przekombinowanych zdań, w których coś by zgrzytało. Jedyny problem to to, że mogłaś ten rozdział rozciągnąć i sprawić, żeby tekst był po prostu dłuższy. Tylko że ja zawsze narzekam na długość (krótkość?) rozdziałów.

    Zauważam pewną analogię. Erik jako że jest skutecznym smokobójcą, to po pewnym czasie być może zacznie narzekać na pracę. Wątpię, żeby był jedyny w swoim zawodzie, tak samo wątpię, żeby smoki rozmnażały się jak chociażby króliki. Nie lepiej byłoby mu pójść w konszachty z jakimś łuskowatym? Gad pojawi się w okolicy, Erik przybędzie i go "pokona", skasuje zapłatę, po czym obaj przeniosą się w inne miejsce?

    Pozdrawiam,
    Neuromancer.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witaj znowu! Tak, rozdział jest krótki, bo jest jeszcze z czasów gdy "Smokobójca" miał być w założeniu jednopartówką liczącą dziesięć, góra dwadzieścia stron. Niby wiem, że mogłam tutaj się rozpisać (idealne miejsce na wytłumaczenie natury moich smoków), ale z drugiej strony miałam przed tym opory, bo byłoby to takie lanie wody przed właściwą akcją.

      Niby Erik mógłby tak zrobić w końcu moje smoki są wbrew pozorom całkiem mądre, ale ponieważ widziałam film "Ostatni smok" to absolutnie nie chcę iść tą drogą. Wzbraniam się przed daniem czytelnikowi argumentu w stylu "meh, to już gdzieś było", więc tego zabiegu nie zastosowałam. Smoki nie rozmnażają się jak króliki, ale i obecnie też nie są aż tak rzadkie, by kilkudziesięciu straceńców mogło je wybić co do nogi ;)

      Usuń
    2. Jedni będą narzekać na brak informacji, krótkie rozdziały i tak dalej, a drudzy wręcz przeciwnie, będą narzekać na nadmiar lub to, że tekst jest za długi. Sam złapałem się na tym, że nie chciało mi się czytać większości opisów z książki "Gry o tron", gdy autor np. poświęcał kilka akapitów na wygląd herbów. Poniekąd istotne dla fabuły, ale mnie jakoś nie zachwyciło. Może za jakiś czas raz jeszcze wezmę się za tę serię.

      Filmu nie oglądałem, nawet o nim nie słyszałem. I rozumiem, ponieważ niedawno sam się dowiedziałem, że motyw w moim opowiadaniu został wykorzystany w filmie, którego wcześniej nie widziałem na własne oczy i nie wiedziałem, o czym w ogóle jest. Zbieg okoliczności albo zwykły pech.

      Usuń
  2. To znowu ja. Mam jeszcze chwilę na kolejny rozdział. Znów nawiążę do komentatora wyżej. Mnie długości rozdziałów odpowiadają. Lubię, gdy mogę czytać, nie spiesząc się, na spokojnie komentować w trakcie, bez żadnej presji, szatkowania. Jednak pewnie bym się trochę irytowała i była zawiedziona, gdybym musiała czekać na kolejne, a pojawiałyby się krótkie i mało treściwe. No ale nie ma takiej sytuacji, więc się wszyscy mogą radować.
    Biesiada... Mhm, to mi się kojarzy z takim typowym opowiadaniem, którego akcja osadzona jest w średniowieczu i postacie lubią odcinać sobie nawzajem łby. Cóż, tu, na razie, to chyba czeka tylko smoki.
    (Erik uwielbiał wracać do miejsc, które były nękane przez smoki). Bo morderca zawsze wraca na miejsce zbrodni! :)
    (Jako wyjątkowo skuteczny smokobójca, cieszył się tam szacunkiem i poważaniem na tyle dużym, by przez cały swój pobyt nie musieć martwić się ani o nocleg, ani o jedzenie, ani o alkohol, ani o żadne inne rozrywki). Fajnie byłoby, gdybyś właśnie na przykład to dała nam wywnioskować. A te inne rozrywki brzmią sugestywnie. :)
    (Nigdy nie wyprowadzał z błędu ludzi, którzy myśleli, że miał do czynienia z groźniejszym przeciwnikiem, niż to było z rzeczywistości). Praktyczne, jak się chce być smokobójcą z profitami.
    (Chociaż dzisiaj triumfował, to miał wrażenie, że poszło mu stanowczo zbyt łatwo, a wiele rzeczy odbiegało od porządku, do którego był przyzwyczajony). Pokaż, nie mów. No ale nie jest źle, aż takie ekspozycje nie rażą.
    (I skrzydła o błonach grubych na cal?) Takie porównanie, to z pięścią też, kojarzą mi się z legendami, jakimiś lokalnymi przypowieściami. To dobrze? A jak! Świetne uczucie! Kolejna cegiełka do wyjątkowego klimatu, więc naprawdę dobrze mi się czyta. Bardzo mało jest w Blogosferze tworków z tej parafii albo ja nie miałam szczęścia na nie trafić. (I zionął piekielnym ogniem?). Tu by się cudownie zgrało, jakbyś też dodała jakieś porównanie. Ten sam sens, ale inaczej ujęte. Jakbyś napisała coś w stylu: i zionął ogniem jak z samych czeluści piekielnych?
    Nie wiem dlaczego, ale właśnie wiwerna bardziej kojarzy mi się z istotą potrafiącą mówić. Mówiący smok pasuje mi bardziej do bajek, raczej nie spotkałam się z taką stosunkowo mroczną wersją, poważną ze zdolnością mowy (no może tylko w (Przygodach Merlina), ale to uniwersum z innej bajki).
    Ach, co to spotkało tego Erika. Kara za kłamstwa i koloryzowanie. :) Czekam na rozwiązanie. No i te kajdany nie dają mi spokoju... zielona godzina musiała mieć nosa do współtowarzyszy.
    Miłego,
    Fenoloftaleina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze Cię znowu widzieć, to znaczy, że jeszcze nie zrażam. Co do długości rozdziałów, to w większości będą one oscylować koło dwóch tysięcy słów. Pierwszych pięć numerów jest zdecydowanie krótsze, bo były z czasów, kiedy wierzyłam, że uda mi się zawrzeć całą historię na dwudziestu stronach. Obecnie dążę do wymiarów książkowych rozdziału (jakieś dziesięć tysięcy słów), ale zdaję sobie sprawę, że znowu taka długość do czytania na komputerze będzie niewygodna (a mi daleko do osiągnięcia tego pułapu), więc chcę spróbować z pięciotysięcznikami w nowej części.

      Cóż, fajnie, że na razie ekspozycja nie razi (chociaż będą pewnie fragmenty, gdzie wszystko tłumaczę tak łopatologicznie jak tylko się da). To znaczy, że coś mi się udało. Nad wszystkim, co piekielne, muszę się porządni zastanowić, bo trochę mi się to określenie rozjeżdża z mitologią uniwersum.

      Mi wiwerny kojarzą się z takimi mniej dorozwiniętymi kuzynami smoków (kiedyś widziałam interesujące arty z PLiO, gdzie właśnie prymityzację i karłowacenie smoków przedstawiono właśnie jako zmienianie się w wiwernę), więc stąd taki zabieg. Jak wspominałam w poprzednim komentarzu, gadające smoki to nic nowego (wspomniany już przeze mnie Fafnir od Zygfryda, Smaug od Tolkiena, film "Ostatni smok" i w ogóle), a jako smaczek od siebie dorzucę, że nie bez znaczenia w tej kreacji są też wschodnie wierzenia.

      Kajdany to bardzo dobry trop =3

      Usuń

Smokobójca

Gdy Imperium toczy wojna domowa, a mniejsze państewka próbują umocnić swoją pozycję, na kontynencie smoki stają się niechcianymi szkodnikami, które niszczą wioski i kradną złoto. Zawód smokobójcy staje się coraz bardziej zyskowny, a wielu próbuje swoich sił w starciu z gadami, jednak tylko nieliczni są w stanie zdobyć kilkuletnie doświadczenie. Erik sam siebie uważa za najlepszego w tej nietypowej profesji, jednak szybko okazuje się, że zabicie smoka jest dopiero początkiem jego problemów. Niespodziewanie staje się jednym ze świadków morderstwa i musi odkryć kto zabił starego bankiera.

Poszukiwany

Podjęte w przeszłości decyzje miały konsekwencję, które Erik nie do końca przewidział. Trudno stwierdzić, czy jakość jego życia wzrosła czy zmalała. Z pewnością było zupełnie inaczej, niż się spodziewał, dlatego w końcu padną pytania, na które nigdy nie chciał odpowiadać.
W tym samym czasie, zaskoczony nieoczekiwanym rozwiązaniem prowadzonej przez siebie sprawy, detektyw Salar zaczął coraz głębiej drążyć w przeszłości rodziny Tremaine. Uzyskane odpowiedzi w niepowołanych rękach mogą okazać się bardzo niebezpieczne dla całego kraju.
W Trezonie sprawy zaczynały przybierać zły obrót dla Białych. Błękitna Księżniczka rozpoczęła wojnę totalną i nie zamierzała się wahać, by ostatecznie przejąć władzę w Imperium.
Świat nie zmienił się jakoś szczególnie odkąd zamordowano pana Tremaine. Imperium dalej walczyło samo ze sobą, a smoki nadal były traktowane jak szkodniki, które napadały na wioski i kradły złoto. Zawód smokobójcy cały czas pozostawał bardzo zyskowny, tylko czy warto ponosić ryzyko, gdy już nie jest się samemu?

Imperium

W zależności od miejsca pochodzenia historyka, kroniki różnią się opisem Upadku Isarii. Trezońscy kronikarze w swoich zapisach podkreślali niewątpliwy talent polityczny imperatora Artema. Przez potomnych został on nazwany Artemem Żelaznym, bowiem jego wola - niczym żelazo - łatwiej pękała niż uginała się. Badacze historii z innych państw natomiast uwielbiają umniejszać jego dokonania, przypisując część pomysłów jego faworycie, księżniczce Aili. Jak było naprawdę? Trudno powiedzieć. Jedno jest pewne, nawet w najbardziej fantastycznie brzmiącej legendzie tkwi ziarenko prawdy.