1. Zielony smok

Okładka na na bazie
"La messenger" Eduarda Halouze
Informacje, które Erik otrzymał w wezwaniu od okolicznych mieszkańców były tyle niepokojące, co enigmatyczne. Wszyscy zapytani o to górale zgodnie twierdzili, że smok był zielony, ogromny i podobno atakował nie tylko owce, ale również pasterzy i owczarki. Na pytanie, czy ktoś został bezpośrednio zaatakowany i może powiedzieć na temat szkodnika coś więcej odpowiedziało mu powszechne oburzenie. „To musi stać się tragedia, żeby ktoś zaczął nas bronić?" - dopytywał wójt gminy  najbliżej smoczej jamy.
Nie, smokobójca nie potrzebował tragedii, by chcieć zgładzić smoka. Wystarczyła mu odpowiednia zapłata, by zaryzykować życie w starciu z gadem. Tak, cena jego usług mogła okazać się problemem. „Nie mamy wystarczająco dużo złota na tak nieprzewidziane wydatki" - szczerze przyznał jeden z radnych, co zdaniem Erika przesądzało sprawę. Nie był bohaterem, który naraża się za darmo. Już miał zakończyć te rozmowy, gdy jeden z radnych zaproponował, że zapłatą Erika może być smocze złoto. W takiej ilości, w jakiej uzna to za słuszne.
Młody mężczyzna uznał, że jedyną słuszną ilością złota w tym przypadku będzie udźwig jego żółtego automobilu, dlatego właśnie parkował go nieopodal wejścia do jednej z górskich jaskiń. Według plotek to właśnie gdzieś w okolicy zalągł się gad. Erik rozejrzał się po górskim terenie. Wszystkie skalne szczeliny wydawały mu się równie mroczne i ponure.
– Świetnie – mruknął sam do siebie smokobójca. Wiele wskazywało na to, że czekał go długi dzień spędzony na przeszukiwaniu jaskiń. Znając swoje szczęście, obstawiał, że właściwą okaże się ostatnia, którą wybierze. Niespodziewanie z pomocą przyszedł mu krzyk. Wysoki i lekko ochrypnięty, niósł się echem po górach. Przeklinając swój fach, Erik szybko schował za pas rewolwer, poprawił rapier i ruszył na spotkanie z przeznaczeniem.
Jaskinia okazała się być zaskakująco jasna. Przyzwyczajony do mrocznych miejsc, Erik był szczerze zdziwiony, gdy w głębi jamy zaczęły pojawiać się coraz częściej iluminujące kamienie, dzięki którym w jej wnętrzu było całkiem widno. Co jednocześnie ułatwiało i utrudniało sprawę, ponieważ sztuka podkradania w wydaniu smokobójcy zdążyła zardzewieć.
Z każdym kolejnym krokiem, który Erik stawiał z niemal kocią zręcznością, jego serce zaczynało bić coraz mocniej. Krew pulsowała szybciej, przyjemnie szumiąc w uszach. Uwielbiał to uczucie. Nogi powoli zaczynały przypominać watę, ale nie drżały i bezszelestnie posuwały się naprzód.
Brzęk metalu zdradził obecność gada. Próbując ukryć grymas samozadowolenia smokobójca ostrożnie sięgnął po rewolwer, gotowy w pierwszym geście zranić smoka, może nawet go oślepić i pozbawić możliwości lotu. Błony skrzydeł od zawsze były ich słabością. Później będzie mógł odrzucić rewolwer, charakterystycznie śmierdzący spalenizną, co skonfunduje bestię i uniemożliwi jej trafne zlokalizowanie jego obecności. Rozproszona i bezbronna, będzie łatwym celem dla Erika. To był niegłupi plan. Który nie wypalił, w momencie gdy smokobójca dostrzegł jasną postać siedzącą na ziemi i pobrzękującą od czasu do czasu łańcuchami.
– Co?! – zdradził się głupio Erik, podchodząc bliżej. Postać okazała się być nagą dziewczyną, która, obiektywnie rzecz biorąc, była piękna. Miała jasną skórę, białą prawie jak mleko, zgrabne ciało i kaskadę długich włosów w kolorze kości słoniowej. Jej twarz była czerwona i nieco opuchnięta - w końcu bardzo mocno płakała, a z wąskiego noska ciekła krew, tak samo szkarłatna jak usta. Na prawym policzku, tuż pod okiem, odznaczał się jeden z licznych na jej ciele fioletowo-żółtych siniaków.
– Trzymaj. – Erik podał dziewczynie chusteczkę, chociaż doskonale wiedział, że powinien raczej oddać jej swój płaszcz. Musiał kilkukrotnie udzielić sam sobie reprymendy, nim udało mu się przezwyciężyć zwierzęce pragnienie bezczelnego oglądania każdego skrawka tej jedwabnej skóry. Mimowolnie oblizał suche wargi, co wzbudziło w dziewczynie jeszcze większą trwogę. Nieudolnie próbowała skryć się przed jego wzrokiem za skutymi grubymi kajdanami rękoma.
Te piersi, słodkie jak pączki – krągłe i wystarczająco duże, by nie mieściły się w małych dłoniach dziewczyny. Nogi, długie i smukłe, pokryte były niezliczoną ilością siniaków. Wąskie ramionka przechodziły łagodną linią w łabędzią, równie posiniaczoną szyję. Para idealnie wysklepionych obojczyków. Nieco zapadnięty brzuszek. Oczywiście była trochę brudna, ale zważywszy na okoliczności, wyglądała jak zakurzone dzieło sztuki.
– Skończyłeś już oceniać czy jest warta twojego cennego czasu? – Erik drgnął, usłyszawszy niski, skrzeczący głos. Zaaferowany dziewczyną, nie zwrócił uwagi kiedy gospodarz wrócił do swojej jaskini.
– Właśnie dlatego – zaczął smokobójca, próbując rozpaczliwie wymyślić na poczekaniu jakiś sensowny plan – uwielbiam zielone smoki. Nie gromadzicie tyle złota, co czerwone, ani nie jesteście takim wyzwaniem, jak czarne. Za to dziewczyny – Mężczyzna odwrócił się na pięcie. – wybieracie pierwsza klasa.
Zastany widok nie był zupełnie tym, czego Erik się spodziewał. Gdy ludzie z okolicznych miast i wiosek wzywali na pomoc smokobójcę, zapewniali go, że będzie miał do czynienia z najstraszniejszą zieloną gadziną na tym kontynencie. Tymczasem, smok przed nim mierzył nie więcej, niż dziesięć stóp długości, jego cielsko było wielkości młodego konia, a skrzydła miał zrośnięte z przednimi kończynami, jak wiwerny. Dla smokobójcy z doświadczeniem Erika nie był to żaden przeciwnik.
Bestia z rykiem rzuciła się w kierunku mężczyzny. Jej ciało nienaturalnie wydłużyło się, a szczęka kłapnęła dziko w powietrzu. Erik błyskawicznie uskoczył przed atakiem. Nie czekając na kolejny atak, dźgnął smoka w oko. Gadzina wydała z siebie głośny skowyt, szarpnąwszy się. Smokobójca jednak nie ustępował i wbił ostrze jeszcze mocniej, aż wyszło z tyłu czaszki. Smok padł, chociaż jego ciało ciągle jeszcze drgało.
– Chyba nie powiesz mi, że to dopiero przystawka przed prawdziwym starciem? – upewnił się, w końcu podając dziewczynie swój wełniany płaszcz.
– Nie, był tylko jeden.
– Świetnie! – Smokobojca wyrwał z padliny swoją broń. 
"Mroźny Kieł" należał do jego rodziny od pokoleń i zawsze gdy trzymał go w dłoni, błyszczał niepokojąco. Rapier wykonany z uszlachetnionej stali był znakomitej jakości, najwięksi władcy nie pogardziliby nim w swojej kolekcji. Rodzinna tradycja mówiła, że został zahartowany przez jednego z przodków Erika w samym sercu Bieguna Północnego. Nie opuszczając broni, mężczyzna rozejrzał się po jaskini, w poszukiwaniu stosów smoczego złota.
Leże bestii ukryte było kilkadziesiąt jardów od wejścia do jaskini. Zwykle podobne mu smoki zagnieżdżały się w zupełnych ciemnościach, gdzie podobnie jak inne gady, posługiwał się nadzwyczajnym węchem. Ta jaskinia była jednak trochę inna. Kamienie w środku świeciły na zielono i niebiesko, powodując, że było tu jasno, jak na zewnątrz, w czasie zmierzchu.
– Jest w skrzyni – poradziła mu dziewczyna. Erik co prawda jeszcze nigdy nie spotkał smoka, który chowałby swoje skarby – zwykle te gady wolały układać je w stosy, na których mogły się wylegiwać, ale zachował tę uwagę dla siebie. Co gorsza, skrzynia okazała się być niewielką szkatułą, której zawartość mogła ledwie zaspokoić gażę smokobójcy. Widocznie mały smok miał małe ambicje.
– Co ty robisz? – Dziewczyna zjeżyła się, widząc jak Erik bezceremonialnie zabiera skrzynkę. – Nie twoje to nie rusz!
– To zapłata za moje usługi – wytłumaczył smokobójca. – Przecież nie zabijam tych gadów dla wiecznej chwały i przygody.
Złoto pobrzękiwało cicho, gdy Erik pewnie ruszył do wyjścia. Spostrzegłszy, że dziewczyna nie ruszyła za nim, rzucił przez ramię:
– Na zewnątrz jest mój automobil, jak chcesz, to za całusa albo dwa podwiozę cię do domu.
– Daleko mieszkam – usłyszał w odpowiedzi.
– To będziemy rozliczać się na bieżąco – zaśmiał się smokobójca. – Ale jeśli wolisz zasuwać na piechotę, to też dobrze, tylko wcześniej oddaj mi płaszcz. 
Dopiero ostatnia sugestia podziałała na wyobraźnię dziewczyny, która ruszyła w ślad za nim. Erik pobrzdąkiwał zdobytym złotem, a ona założonymi kajdanami.
– Jak smokowi udało się je założyć? – zapytał Erik, gdy w końcu wyszli z jaskini. Zimny wiatr uginał drzewa i mężczyzna natychmiast poczuł brak swojego cieplutkiego płaszcza. Jaskinia smoka znajdowała się w połowie drogi do ośnieżonego szczytu góry.
– Co takiego?
– Kajdany – smokobójca otworzył bagażnik swojego wehikułu, gdzie wsadził skrzynkę obok dużego, skórzanego kufra, którego zawartość zaczął przeszukiwać. – Jak smok ci je założył?
– Ja... Nie wiem... – oznajmiła mu blondynka.
– Nie wiesz? – Trzask zamykanego bagażnika rozniósł się echem.
– Jednego wieczoru wszystko było normalnie, byłam w domu, a następnego ranka, ja... Ja... – Nagły spazm targnął ciałem dziewczyny, a z jej nosa na nowo pociekła gorąca krew. Erik zaś w duchu zaklinał ją na wszystkie świętości, by jego płaszcz pozostał niezapaskudzony.
Ej, bez takich. Jak będziesz dalej tak mocno płakać, to nie będziesz mogła mnie pocałować, a bez pocałunku nie będzie podwózki. Ręka. – Biały kieł błysnął w dłoni smokobójcy, gdy przejechał nim wszerz żelaznej obręczy kajdan. Ślad po zębie niemal natychmiast rozgrzał się do czerwoności, wywołując stłumiony pisk. Mężczyzna z wprawą uwolnił dłoń dziewczyny. – Druga. – Chwilę później obydwie jej ręce były wolne. – Kieł ognistego smoka jest w stanie stopić właściwie wszystko – wyjaśnił lakonicznie zjawisko Erik. – A teraz mój pocałunek.
Całus był krótki, nieśmiały i trochę naiwny. Właściwie to ledwie musnęła jego usta, co zważywszy na ich sytuację - przecież uratował ją ze szpon okrutnego smoka - było całkowicie niestosowne.

– Zasłużyłem na więcej! – zaprotestował ze złością, ale widząc, że dziewczyna jest na granicy wybuchu histerii, zrezygnował z dalszych roszczeń. – Dobra, nieważne... Możesz wsiadać.

11 komentarzy

  1. Witam.

    Brak akapitów. Przeczytam, jak się pojawią.

    Pozdrawiam,
    Neuromancer.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, to dziwne. Zaraz napiszę do autorki szablonu i zapytam, jak je zrobić w CSS. Wieka szkoda, że nie chcesz przeczytać, ale zawsze zapraszam z powrotem =)

      Usuń
    2. Nie jestem masochistą i wolę, gdy tekst jest ładnie sformatowany.

      Jeśli jednak chodzi o sam szablon, to podziwiam pomysłowość i to rozwijane menu. Całkiem sprytne.

      Pozdrawiam,
      Neuromancer.

      Usuń
    3. Tak, kunszt grafików z Wioski Szablonów robi wrażenie. Bardzo lubię szaty ich autorstwa, bo chociaż są misterne, to nie popadają w przerost formy nad treścią i idealnie nadają się do długich postów.

      Sama też lubię dobrze sformatowane teksty, dlatego absolutnie nie potępiam Twojej decyzji. Na całe szczęście, w końcu udało mi się przywrócić akapity, dlatego mam nadzieję, że z chęcią zabierzesz się za czytanie, a moje opowiadanie przypadnie Ci do gustu.

      Usuń
  2. Witam raz jeszcze.

    Warsztat jest poprawny. Ani mnie nie zachwycił ani nie sprawił, że miałbym chęć przerwania czytania.
    Kłóciłbym się z tym echem. Lubi się odbijać od ścian, tym bardziej w górach i trudno mi powiedzieć, czy dzięki niemu dałoby się zlokalizować właściwą jaskinię.
    Tak samo nie wiem, czy pojedynczy strzał z rewolweru mógłby pozbawić smoka możliwości latania. Kula uszkodziłaby skrzydła, ale dziura po niej nie byłaby aż tak duża, by przeszkodzić w lataniu. O ile w ogóle by trafił. Fakt faktem mógłby wystrzelić tych kul więcej, ale i tak ciężko określić efekty ostrzału.
    Główny bohater niespecjalnie przypadł mi do gustu, głównie z racji jego tekstów.

    Pozdrawiam,
    Neuromancer.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, dobrze znowu widzieć Twój awatar =) Cieszę się, że mimo moich drobnych problemów z formatowaniem tekstu wróciłeś i przeczytałeś pierwszy rozdział.
      Zdaję sobie sprawę, że początkowe rozdziały są raczej topornie napisane - staram się jak mogę i próbuję do nich wrócić, poprawić bądź spróbować pisać je od początku, niestety na razie nie mam go tego głowy. Słyszę za to, że dalej jest lepiej, więc może skoro nie miałeś chęci przerwania czytania - zerknij dalej i powiedz co myślisz?
      Z echem to fakt, nie przemyślałam tego do końca i prędzej czy później wrócę do tego. Ale co do smoków - w moim świecie to w sumie delikatne i silnie unerwione stworzenia. Błony ich skrzydeł są stosunkowo cienkie, więc nawet jeśli dziurka po kuli była mała to w momencie, gdy taki gad poderwałby się do lotu opór powietrza z dołu przez tę małą dziurkę albo rozrywałby ją do większych rozmiarów, albo powodował okropny ból. A przynajmniej tak to sobie tłumaczę - czy powinnam jednak te wyjaśnienia zamieścić w tekście? Nie są zbyt nudne albo oklepane?
      Dobrze, że Erik nie przypadł Ci do gustu. W sumie o wywołanie takich uczuć w czytelniku mi chodziło.
      Dzięki wielkie za każde słowo, każdy komentarz jest u mnie na wagę złota, dlatego byłoby mi bardzo miło, gdybyś zerknął dalej i powiedział, co o tym wszystkim myślisz.

      Usuń
    2. Każdy musi od czegoś zacząć i chociaż nie zawsze pierwsze teksty warto pokazywać, to następne już tak.

      Najważniejsze jest odpowiednie zaprezentowanie opowiadania. Oczywiście szablon pomaga w odbiorze utworu, ponieważ kiepskie dobranie kolorów i czcionki może sprawić, iż tekst będzie po prostu nieczytelny. Co nie zmienia faktu, że nigdy o to nie dbałem i mam taki szablon, jaki mam.

      Jednakże bardziej rozchodzi się o to, czy są akapity, kropki, spacje w odpowiednich momentach et cetera. Dbałość o szczegóły, którą osobiście lubię i której brak mnie zniechęca. Bo jeśli ktoś nie poświęcił tych kilkunastu czy kilkudziesięciu minut na formatowanie tekstu, to dlaczego mam się męczyć przy czytaniu? Szacunek za szacunek.

      A jeśli o sam warsztat chodzi: w moim przypadku zauważyłem, że mimo iż mój warsztat jak najbardziej kuleje, to opowiadana przeze mnie historia zachęca do czytania. I o to w sumie chodzi moim zdaniem. Ciekawy pomysł sprawia, że nie zwraca się aż tak dużej uwagi na stylistykę et cetera. Przynajmniej ja tak mam.

      Resztę opowiadania na pewno przeczytam, tylko że w swoim powolnym tempie.

      To zależy od danej osoby. Ja na przykład uwielbiam czytać informacje o świecie, w którym dzieje się opowiadanie, o ile podane są w odpowiednim tonie. Wtedy nawet kilkunastostronicowe opisy miasta czy czegokolwiek innego mi nie przeszkadzają. Tak samo każdy jeden czytelnik może mieć odmienne wyobrażenie co do smoków. W większości powieści to wielkie i potężne stworzenia o kilku odmianach oraz o zazwyczaj mniejszych kuzynach. Kilka strzał raczej nie zrobi na nich wrażenia. Dlatego jeśli w Twoim opowiadaniu w jakikolwiek sposób różnią się od tego przyjętego w fantasy wzorca, jak najbardziej powinnaś to zawrzeć w tekście.

      Czytam i jeśli mam coś ciekawego, to komentuję.

      Pozdrawiam,
      Neuromancer.

      Usuń
    3. Gdzieś kiedyś czytałam, że pisarzy można podzielić na mistrzów słowa (piękne, niemalże barokowe opisy, kwieciste słownictwo, poetyka, itd.) i na mistrzów fabuły (opowiadane przez nich historie są niepowtarzalne). Sama również utożsamiam się z tymi drugimi, ale to nie zmienia faktu, że chciałabym pisać jak najlepiej i dążę do tego wymarzonego, złotego środka. Dlatego w kwestii stylistyki nieustannie walczę i poprawiam co tylko się da. Próbuję też pozbyć się brzydkich nawyków, których nabawiłam się przez publikowanie opowiadań w internetach, ale to na razie syzyfowa praca, której efektów nie widzę.

      Dzięki za poświęcony czas i chyba faktycznie - o tych smokach co nieco będę zmuszona dopisać.

      Usuń
  3. Dobry wieczór.
    Długo się czasem szuka opowiadania do poczytania, gdyż, gdzie się tylko nie wejdzie, taka liczba rozdziałów (i to długości świstka z pralni), że szkoda się zabierać, bo szybko się skończy, a bardzo prawdopodobne, że autorowi się odwidzi i powieścidła nie dokończy. Tu mamy skończone pisadło, więc cud, miód i orzeszki. Pozostaje mieć nadzieję, że czytasz komentarze także pod starymi rozdziałami i doczekam się odzewu, bo człowiek od razu czuje się lepiej.
    (Wszyscy zapytani o to górale zgodnie twierdzili, że smok był zielony, ogromny i podobno atakował nie tylko owce, ale również pasterzy i owczarki). Jak ze mnie szalony biolog, ekolog, wolontariusz i tak dalej, to głupio brzmi dla mnie napomknięcie o owczarkach po pasterzach, bo wiadomo, co jest bardziej dla ludu istotne.
    Podoba mi się pomieszanie motywów, nietypowe połączenia. No wiesz, polowanie na smoki i radni. To często nie idzie w parze. Stereotypowo kojarzy się z czymś zupełnie innym, a razem może tworzyć całkiem fajną mieszankę. Coś takiego ludzkiego, demokratycznego w świecie zabijania pradawnych istot. Jeszcze ten automobil, rewolwer albo rdzewienie. Zarysowuje się intrygujące tło. I enigmatyczne jak wyżej, mhm.
    Och, co to za powieść bez istnej piękności, za którą bohater, tu być może Erik, mógłby szaleć. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Zakurzone dzieło sztuki nawet po odświeżeniu może być... potencjalnie problematyczne.
    Lol. Nie spodziewałam się, że smoki będą mówić. To może być bardzo interesujące! Ech, to biedne dziewczę, w ogóle wszelkie ofiary.
    Skoro takie rozmiary i w ogóle wzbudziły u Erika wręcz politowanie, ciekawe, z jakimi bestiami miał (nie)przyjemność się zmierzyć wcześniej jako słynny (?) smokobójca. Nie taki diabeł straszny, jakim go malują, a i pierwsze wrażenie może być mylące. Lepiej nikogo nie lekceważyć. Poszło zbyt łatwo, mhm. Może to dopiero rozgrzewka dla czytelnika... bądź się potem okaże, że nic nie jest takie, jakie się wydaje. Och, smocze złoto. To jest coś, co może być kiedyś źródłem problemów kogoś, kto chcę być zbyt ą, ę. Mały smok i małe ambicje, ach, dziwnie mnie to śmieszy.
    Aj, dziewczyna wydaje się niewdzięczna albo to po prostu trudny charakterek. Nie taka niewiasta, co czeka na ratunek a potem rzuca się na szyję wybawcy. Eryk też się okazał gościem z ciętym językiem. Ta bezpośredniość, aluzje. Może być ciekawie z takimi postaciami, żadnych papierowych sylwetek i chwała Ci. Taaak, kwestie zimna... można być nagle bardziej przekonującym, jak cię ma coś ciepłego!
    Intryguje mnie kwestia z kajdanami. W ogóle to, czego biedaczka nie pamięta. Jeszcze ta krew z nosa. No za ciekawie to dziewczyna nie ma. Niezłe właściwości białego kła. Trzeba się w jakiś uzbroić. :)
    Erik to żadna Matka Teresa i pewnie nie zapałam do niego miłością ani żadnym podziwem, ale będzie chociaż ciekawie... no i ludzko. Przyda się trochę ludzkości w smoczym tworku.
    Do kolejnego,
    spokojnego wieczoru,
    Fenoloftaleina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak tylko nawiążę do komentarza mojego poprzednika (och, szkoda, że tak mało tu komentarzy, mam nadzieję, że pod innymi postami ktoś był taki miły i zostawił po sobie ślad).
      Każdy chciałby osiągnąć ten złoty środek, o którym mówisz. Nie dość, że nie można mieć wszystkiego, to jeszcze każdy się różni. Sama lubię opisy, magię, którą wtedy czuć, serce, które można włożyć, ale myślę, że długie tłumaczenia to nie rozwiązanie. Nie uciekajmy w ekspozycję, nie obierajmy prostej drogi. Nie mówmy sucho, pokazujmy. Lepiej subtelnie przemycać informacje, przekazywać coś w dialogu, pozwalać się czytelnikowi domyśleć, a nie podawać bezmyślnie na tacy i psuć całą frajdę. Dobrze zarysowane tło samo się obroni. :)

      Usuń
    2. Cześć =D A i owszem, od czasu do czasu zdarza mi się sprawdzać, czy ktoś czegoś nie dodał w starszych postach. Z tym skończeniem, to bym się tak do końca nie rozpędzała - wiele kwestii napomkniętych w trakcie pisania zostaje jeszcze do domknięcia, więc jeszcze trochę przede mną. Po prostu lubię udawać, że od tego momentu, w którym skończyłam pierwszą część to będzie teraz lepiej, absolutnie poważnie i w ogóle, pełna profeska oraz nominacje do Hugo. Dlatego dalsze zdrodzenie dalszych rozdziałów zajmuje mi niewiele mniej niż całą wieczność.

      "Pisadło" - absolutnie pokochałam to określenie i uprzejmie informuję, że je bezczelnie zawłaszczę. To chyba najtrafniejsze słowo opisujący te nieszczęsne próby opowiadań, które stosuję.

      O owczarkach i pasterzach - racja, w ogóle nie pomyślałam o tym w ten sposób. Gdy zwrociłaś mi na to uwagę, to teraz brzmi to jak oczywistość.

      Co do połączenia motywów, to jestem ogromną fanką epoki międzywojennej. Więc skoro mamy steampunk, który momentami jest totalnie od czapy, to nie widzę powodu, dla którego nie spróbować by z dieselpunkiem. Inna rzecz, że wychodzi mi to z różnym skutkiem i często ten klimat gubię, dlatego z góry uprzedzam, że lepiej spodziewać się akcji rodem z początku dwudziestego wieku.

      Gadające smoki to nie nowość i w wielu klasycznych europejskich mitach pojawia się ten motyw. W swojej kreacji tych gadów dużo zerżnęłam z legendy o Zygfrydzie.

      O reszcie trudno mi mówić, bo boję się, że nie uniknę spoilerów, a nie chcę psuć Ci radości czytania.

      Z ekspozycją zaczynam powoli walczyć, bo gdyby nie dziewczyny ze wspolnymi-silami, to w ogóle nie zwróciłabym na to uwagi. Kiedy siedzi się po stronie autora i wkłada jakiśtam wysiłek w zaprojektowanie świata, to człowiek najchętniej opowiedziałby wszystko od razu, bez zostawienia wyłożył całą łopatologię. I chociaż wiem, że cały początek powinien przejść solidny remont pod tym względem, to nie mogę się do tego zebrać.Ale chyba im dalej w las, tym jest lepiej.

      Mam nadzieję, że mój bełkocząco-wyliczający ton w odpowiedziach Ci nie przeszkadza, ale jeśli prześledzisz moje inne wymiany myśli z grafem (które dalej są z grubsza jedynymi sensownymi komentarzami. Nic dziwnego, skoro nie komentuję innych blogów, niewielu ludzi wie o istnieniu tego, ale jakoś niewielki feedback nigdy nie stanowił dla mnie problemu. Przyzwyczaiłam się do nikłego zainteresowania swoją twórczością =3) , to będziesz wiedziała, że nie potrafię odpowiadać na komentarze.

      Usuń

Smokobójca

Gdy Imperium toczy wojna domowa, a mniejsze państewka próbują umocnić swoją pozycję, na kontynencie smoki stają się niechcianymi szkodnikami, które niszczą wioski i kradną złoto. Zawód smokobójcy staje się coraz bardziej zyskowny, a wielu próbuje swoich sił w starciu z gadami, jednak tylko nieliczni są w stanie zdobyć kilkuletnie doświadczenie. Erik sam siebie uważa za najlepszego w tej nietypowej profesji, jednak szybko okazuje się, że zabicie smoka jest dopiero początkiem jego problemów. Niespodziewanie staje się jednym ze świadków morderstwa i musi odkryć kto zabił starego bankiera.

Poszukiwany

Podjęte w przeszłości decyzje miały konsekwencję, które Erik nie do końca przewidział. Trudno stwierdzić, czy jakość jego życia wzrosła czy zmalała. Z pewnością było zupełnie inaczej, niż się spodziewał, dlatego w końcu padną pytania, na które nigdy nie chciał odpowiadać.
W tym samym czasie, zaskoczony nieoczekiwanym rozwiązaniem prowadzonej przez siebie sprawy, detektyw Salar zaczął coraz głębiej drążyć w przeszłości rodziny Tremaine. Uzyskane odpowiedzi w niepowołanych rękach mogą okazać się bardzo niebezpieczne dla całego kraju.
W Trezonie sprawy zaczynały przybierać zły obrót dla Białych. Błękitna Księżniczka rozpoczęła wojnę totalną i nie zamierzała się wahać, by ostatecznie przejąć władzę w Imperium.
Świat nie zmienił się jakoś szczególnie odkąd zamordowano pana Tremaine. Imperium dalej walczyło samo ze sobą, a smoki nadal były traktowane jak szkodniki, które napadały na wioski i kradły złoto. Zawód smokobójcy cały czas pozostawał bardzo zyskowny, tylko czy warto ponosić ryzyko, gdy już nie jest się samemu?

Imperium

W zależności od miejsca pochodzenia historyka, kroniki różnią się opisem Upadku Isarii. Trezońscy kronikarze w swoich zapisach podkreślali niewątpliwy talent polityczny imperatora Artema. Przez potomnych został on nazwany Artemem Żelaznym, bowiem jego wola - niczym żelazo - łatwiej pękała niż uginała się. Badacze historii z innych państw natomiast uwielbiają umniejszać jego dokonania, przypisując część pomysłów jego faworycie, księżniczce Aili. Jak było naprawdę? Trudno powiedzieć. Jedno jest pewne, nawet w najbardziej fantastycznie brzmiącej legendzie tkwi ziarenko prawdy.