1. Narietta


Ilustracja Henry'ego Patricka Raleigh 
Florien należało do krótkiej listy tych miejsc, do których Ian nie chciał nigdy wracać. Podzamkowe miasteczko odwiedził co prawda tylko raz w życiu, ale po dziś dzień twierdził, że to o jeden raz za dużo. Wszystko to za sprawą podrzędnego sierocińca, który odwiedzili wszyscy razem. On, rodzice i jeszcze wtedy żyjący dziadek. Chociaż miał wtedy już skończone sześć lat, nikt nie przygotował go na to, co się wydarzy.
Wyglądając ciekawsko przez okno automobilu, chłopiec ujrzał stadko najdziwniejszych istot na świecie. Ktoś uważny nazwałby je dziećmi, ale dla sześciolatka owe stworzenia wydały się raczej kłębowiskiem poplątanych kończyn oraz smutnych twarzy, niepodobnych do niczego innego. Nie chcąc patrzeć na to dziwactwo, Ian odwrócił wzrok i odsunął się od szklanej szyby.
– Poczekaj tutaj chwilę – poleciła matka, gdy szofer otworzył przed nią drzwi. – A jeśli chcesz, możesz pobawić się na podwórku.
Nazwanie tego kawałka spękanej od gorąca ziemi „podwórkiem” było łaskawym eufemizmem. Małemu Ianowi nijak nie kojarzyła się ona z prawdziwym podwórkiem, raczej z najgorszym miejscem na świecie. Dlatego, gdy wszyscy dorośli ruszyli w kierunku małego, zszarzałego budynku, gdzie wyraźnie oczekiwał ich już ogromny, brodaty mężczyzna, chłopiec podreptał za nimi. Próbował przy tym zignorować ciekawskie spojrzenie, ponieważ kłębowisko wydawało się nim zainteresowane równie mocno, co on nim przed chwilą.
Nagle na jego ramieniu zacisnęła się brudna, koścista dłoń. To jeden z chłopaków od kłębowiska, wyższy od Iana o głowę, zatrzymał chłopca i wlepił w niego martwy wzrok.
– Nie wolno – poinformował zimno. – Zaraz mama cię odda i będzie po wszystkim.
– Nieprawda! – Młody Tremaine wyszarpnął się z mocnego uścisku, chociaż jego wnętrzności związały się na supeł. – Moja mama nigdy by mnie nie oddała! Nieprawda! Nieprawda! NIEPRAWDA!!!
Gdyby w tamtej chwili zobaczył go Rakan, z pewnością zacząłby śmiać się z jego panicznej postawy. Mimo płaczu, którym wybuchł Ian, brzydki chłopak nie tylko nie zadrwił z jego dramatu, ale nawet nie skarcił wrzasków. Żadne z porzuconych dzieci tego nie zrobiło. Przez wiele lat później młody Tremaine zastanawiał się, jak często widywały one podobne sceny.
Tamtą przerwał dziadek. We wspomnieniach Iana, Antos Tremaine zawsze wydawał się dużo młodszy, niż był w rzeczywistości. Wysoki, wyprostowany, miał taki sam jasny odcień włosów co wnuk, orli nos i stalowe spojrzenie. Przez większość dzieciństwa chłopca, starzec w ogóle się nie uśmiechał, a jedynie zaciskał usta w wąską linię.
– Chłopcu nie przystoi się mazać – zganił wnuka. – Jeśli zaraz się uspokoisz, będziesz mógł ze mną wejść do środka. Poznamy twoją nową siostrę.
Dziecko nic z tego nie rozumiało. Czy właśnie z takich miejsc rodzice brali sobie dzieci? Chociaż by zrozumieć wagę wydarzenia Ian musiał najpierw dorosnąć, w tamtej chwili zaufał dziadkowi. Ręką otarł łzy i dał się poprowadzić przez skromne obejście, gdzie usłyszał podekscytowany głos matki.
– Czy to na pewno ona?
– Droga pani, jej matka do samego końca przedstawiała się jako Ceria Flores, ale tak naprawdę trudno jest jednoznacznie orzec… – odpowiedział ochrypły głos, zupełnie obcy dla małego Tremaine.
– Ale co jest w jej akcie urodzenia?
Dziadek z Ianem przeszli przez długi, pusty korytarz z brudną podłogą, który był pełen pozamykanych drzwi. Dopiero na samym końcu znaleźli jedyne otwarte, a za nimi mieścił się nieprzyjemny gabinet. W jego środku rodzice rozmawiali z brodatym mężczyzną, a pulchna kobieta w kuchennym czepku trzymała na kolanach małą dziewczynkę.
– To, co zawsze w takich sytuacjach. „Rodzice nieznani”. – Padła odpowiedź. Mężczyzna pogładził wielką dłonią swoją długą, skołtunioną brodę.
– A więc nie ma żadnego dowodu, że to ona? – oburzyła się matka i krytycznie zlustrowała maleństwo.
– Ale też nie ma żadnego dowodu, że to nie ona – żywo zauważył gospodarz. – Zresztą, drodzy państwo, chyba się nie zrozumieliśmy. To przede wszystkim dziecko, które potrzebuje domu, a nie porzucony psiak. Nie będę się z państwem licytował, bo ona potrzebuje domu tak samo, jak my wszyscy.
– Nie będzie mnie pouczać ktoś, kto nie potrafi założyć prawdziwej rodziny – prychnął ojciec i w tamtym momencie Ian był absolutnie przekonany, że rodzic miał rację. Dopiero niedawno zrozumiał, że to najpaskudniejszy przytyk, jaki mógł paść w tamtej sytuacji.
– Może i żyjemy skromnie, ale staź nas na okazanie serca tym wszystkim biedactwom – odezwała się milcząca dotychczas kobieta w czepku. – Nari nie jest wyjątkiem.
– Na-ri? – powtórzyła za kobietą matka. – To od Narietty?
W sposobie, w jaki wypowiedziała to imię, tkwiło coś niepokojącego. Kiedy Ian dorósł, zorientował się, że to samo imię nosiła pierwsza żona starego króla. Ceria Flores, kobieta, przez którą stracił syna, miała ogromny tupet, skoro właśnie takie imię dała swojej bękarciej córce. O ile to rzeczywiście była ona.
– Właściwie, to dobre imię dla księżniczki. – Ojciec wzruszył ramionami.
Ian za to dokładnie przyjrzał się dziewczynce, na której temat toczyła się rozmowa. Zlękniona, tylko od czasu do czasu odsłaniała twarz przed gośćmi. Miała krótkie, jasne włosy, podobne do tych w ich rodzinie i ładną, okrągłą buźkę – tak białą, że wyglądała, jakby ktoś obsypał ją mąką. Lekko zadarty nosek zrobił się czerwony od płaczu, a małe usteczka niebezpiecznie drżały. Jednocześnie tym, co najbardziej zapadło mu w pamięć, był wzrok Narietty. Ogromne oczy posyłały światu najbardziej zlęknione spojrzenie, jakie chłopiec w życiu widział i o ile pewne nawyku rodzicom udało się wyplewić z jej zachowania, o tyle ten wyraz spojrzenia został jej aż do dorosłości.
– Lepiej będzie dla wszystkich, jeśli mieliście rację co do niej. – Ukrócił wątpliwości Jed Tremaine i rzucił na biurko brodacza czek.
– To bardzo hojne z pana strony, ale my nie sprzedajemy dzieci. – Mężczyzna z drżącymi rękami oddał papier ojcu.
– Skoro tak, to nie będę nalegać.
Matka wyciągnęła ręce do dziewczynki, która ani myślała puścić swojej opiekunki. Przy akompaniamencie wrzasków i pisków, mała Nari protestowała niemal tak zażarcie, jak Ian, gdy myślał, że zostanie oddany do sierocińca. W końcu zniecierpliwiona Amita wyrwała małą z rąk piastunki.
– Ostrożnie! – Kobieta zerwała się tak gwałtownie, aż przewróciła krzesło. – To tylko dziecko!
Cokolwiek matka odpowiedziała, sprawiło, że opiekunka zrobiła się czerwona jak burak. Nikt inny poza nią nie usłyszał, jakie słowa padły, bo zagłuszył je płacz Narietty, nowej członkini ich rodziny, która bezradnie próbowała odepchnąć od siebie panią Tremaine.
– Trzeba będzie utemperować jej charakterek – rzucił dziadek, biorąc Iana za rękę. – Takie zachowanie nie przystoi ani młodej damie, ani księżniczce.
Rodzice spędzili niemal dziesięć lat nad temperowaniem Narietty, która nigdy nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań. Ani razu publicznie nie nazwano jej księżniczką Neustii, a wśród kręgu przyjaciół i równie bliskich wrogów podobne domysły szybko stały się raczej tematem do żartów i drwin. Po tym czasie chyba tylko dziadek do końca wierzył, że jego przybrana wnuczka może być księżniczką. W ten sposób przedstawił ją Białemu Markizowi.
Ian nie miał pojęcia, dlaczego wspominał akurat to wydarzenie, kiedy winda w Hotelu Monkijskim leniwie pięła się ku górze. Jego niepokój rósł z każdym mijanym piętrem. Bardzo niechętnie musiał przyznać, że oskarżenie rzucone przez detektywa Salara zrobiło na nim koszmarne wrażenie. W pośpiechu rzucił windziarzowi napiwek i ruszył do apartamentu książęcego.
Rozmowa z Nari z pewnością nie będzie należeć do najprzyjemniejszych w jego życiu, więc miał ochotę przeprowadzić ją jak najszybciej. Już w drodze do hotelu postanowił, że nie zająknie się o Doti. Poza tym, jako przykładny brat, powinien też zwrócić jej uwagę na sposób, w jaki się prowadziła. Obdarował ją dużym kredytem zaufania i swobody odsyłając do hotelu, ale jeśli w plotkach na jej temat tkwiło przynajmniej ziarno prawdy, to popełnił błąd. Należało wszystko ukrócić.
Do apartamentu wszedł bez pytania i natychmiast wpadł na jedną z ciężkich, dziadkowych komód. Spokojną melodię wygrywaną przez patefon przerwało siarczyste przekleństwo.
– Ian? –Narietta wyszła z łazienki w długiej, jedwabnej podomce. Rozpuszczone włosy miała zupełnie mokre, ale z lekkim rumieńcem wyglądała zdecydowanie promienniej niż zazwyczaj. – Co ty tu robisz?
– Przyszedłem porozmawiać – odpowiedział jej brat, ostrożnie odsuwając od siebie ciężki mebel.
Droga od wejścia do wygodnych kanap przypominała labirynt bez wyjścia. Calutki salon i jadalnia oprócz hotelowego wyposażenia zostały zastawione rodzinnymi meblami, których Doti nie chciała trzymać w domu, a Narietta nie pozwoliła się pozbyć. Ian ciężko lawirował pomiędzy kolejnymi szafkami, komódkami, elektrycznymi lampami i nawet jednym kredensem. Nabił też sobie co najmniej pięć nowych siniaków, nim udało mu się dostać do wygodnej sofy. Po tym wysiłku natychmiast zapalił papierosa. Znajomy smak w ustach pomógł mu uspokoić oddech, chociaż nie zapobiegł kompletnej pustce w głowie.
Siostra podała mu popielniczkę i usiadła naprzeciwko niego.
– Gdzie twoja służąca? – zapytał nonszalancko Ian, puszczając kółka z dymu.
– Musiałam ją zwolnić. Przyłapałam ją, jak chowała do fartucha moją szpilę do kapelusza. Tę nową, srebrną z ametystem – odpowiedziała zniecierpliwiona Nari, po czym wykręciła w dłoniach mokre włosy. – Dlaczego pytasz?
Od czegoś musiał zacząć. Doti wspominała mu, że przyłapała pokojówkę na podkradaniu kosmetyków i bielizny. Myślał, iż to przez donos Szeli, dlatego postanowił przymknąć oko na tę skargę, ale jeśli ona spróbowała poważniejszej kradzieży, to nie będzie stawać w jej obronie.
– Po prostu. Chcę się upewnić, że wszystko w porządku.
– Nigdy nie odwiedzałeś mnie tak po prostu – zauważyła Nari, krzyżując ręce na piersiach. – Po co przyszedłeś?
– W moim biurze był dzisiaj detektyw Salar. To on zajmował się śledztwem… – Ian zawahał się przed skończeniem. Nie wiedział, czy powiedzenie o wszystkim siostrze w czymkolwiek mu pomoże. Raczej miał wszelkie powody sądzić, że raczej będzie przeciwnie. – Powiedział mi, że znaleźli mordercę.
– I dopiero teraz z tym przychodzisz?! – Dziewczyna zerwała się z miejsca. Krew odpłynęła z jej twarzyczki, a jasne kosmyki poprzyklejały do bladych policzków i szyi. – Kto to?
– Salar twierdzi, że Kubert. – Tremaine zapalił drugiego papierosa, który nie był już tak kojący. – Ja go w ogóle nie znałem, więc nie mam pojęcia co o tym wszystkim myśleć. Podejrzewałaś go?
– Nie. – Cienki głosik zabrzmiał jak zdarta winylowa płyta. Dłońmi to podpierała trzęsący się podbródek, to znów zakrywała rozdygotane usta. – Wiem, znowu wyjdę na głupią, ale nie. Nie podejrzewałam go. Nikogo nie podejrzewałam…
Po chwili zerwała się z miejsca i niecierpliwymi krokami zaczęła obchodzić salon. Bezwiednie krążyła między meblami, robiąc to dwa kroki do przodu, a następnie jeden w tył. W takt smętnej muzyki wygrywanej w patefonie. Jakby samotnie tańczyła walca.
Ian odchrząknął, a Nari spojrzała na niego dziwnym, nieprzytomnym wzrokiem. Z jednej z szuflad wyciągnęła męską, bawełnianą chusteczkę i z nadzwyczajną czułością pogłaskała jej wierzch. Jeśli chciała coś powiedzieć, to był najlepszy czas na to.
– Wiesz… Tak sobie myślę… – Słowa z trudem przechodziły przez gardło dziewczyny. – Ostatnio zastanawiałam się, czy gdybym zrobiła coś inaczej, to może… Może uniknęlibyśmy tego wszystkiego… – Z prawdziwą czcią schowała wykrochmalony materiał z powrotem na swoje miejsce. – A dziadek nadal by żył.
– Nikt nie mógł tego przewidzieć. – Ian wzruszył ramionami.
Już nawet nie próbował pocieszać siostry. Dopiero gdy zapytała, co mogła zrobić inaczej, uderzyło go, że też powinien mieć wyrzuty sumienia. Może jeśli częściej odwiedzałby ich? Może wtedy w porę dostrzegłby, co się kroi? Może gdyby nie dawał Doti tyle swobody, ile sobie życzyła, jej nazwisko nie byłoby łączone z zabójstwem?
Zapalił kolejnego papierosa. Z każdym następnym, uspokajająca woń tytoniu coraz słabiej na niego działała. Dlatego trzeciego skończył bardzo szybko, łapczywie smakując dym, jakby ten zastępował mu powietrze. Kiedy zaś w pośpiechu zaczynał czwartego, zakrztusił się.
– Nie powinieneś tyle palić. Dziadek tego nie pochwalał. – Narietta ostrożnie poklepała brata po plecach.
– On nie pochwalał… wielu rzeczy – skrzywił się Ian, cały czas kaszląc. Drżącymi rękami rozluźnił krawat i kołnierzyk koszuli. – Tobie nie przeszkadzało, kiedy zachowywałaś się skandalicznie.
– Dziadek nie uwierzył w żadne z pomówień na mój temat, które wygadywał twój bliski kolega, baron Wiwain. – Zezłościła go ta uwaga. W końcu nie chodziło tylko o bzdury, które wygadywał Rakan.
– Miałem raczej na myśli to, jak dałaś nogę, kiedy tylko przestało być ci wygodnie. – Cień wstąpił na twarz dziewczyny.
– Bzdura!
– Czyżby? Czy kiedykolwiek zrobiłaś coś dla naszej rodziny? Coś, co kosztowało cię trochę wysiłku? – Niedopałek czwartego papierosa szybko stał tak krótki, że żar poparzył palce Iana. Wściekle wyrzucił go do popielniczki. – Nie robisz zupełnie nic, a i tak narażasz na szwank swoją i naszą reputację.
– A niby jaką ja mogę mieć reputację? Przecież wiem, że za plecami ludzie śmieją się ze mnie. Nazywają lalką, niedoszłą księżniczką albo córką dziwki. Bogatych Tremaine nikt nie ośmieli się obrazić, ale z sieroty można już drwić do woli!
– Nie jesteś jedynym obiektem plotek w tym mieście i głupio robisz, skoro cały czas dajesz idealną pożywkę na kolejne.
Płyta z muzyką skończyła się i między przybranym rodzeństwem zapadła pełna napięcia cisza. Przerwała ją Nari, wybuchając:
– Tak, jak zwykle to wszystko moja wina!
– Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi! – Ian sięgnął po kolejnego papierosa i zaczął obracać go w poparzonych palcach. – Po prostu momentami sama aż prosisz się o to wszystko. Znikasz z domu, niestosownie się zachowujesz, przyjmujesz obcych mężczyzn.
– Nie chciałam się wyprowadzać! Sam mnie tutaj wysłałeś.
– I nawet nie masz pojęcia, jak bardzo tego żałuję. Myślałem, że uczysz się na własnych błędach. Nawet przez głowę mi nie przeszło, że zaraz zaczniesz się puszczać z tym całym smokobójcą.
– Uważaj! Twoi rodzice są przekonani, że to sam Wielki Książę Trezonu. Jak będziesz dalej się tak o nim wyrażać, to spadnie na ciebie gniew Imperium.
Mężczyzna posłał siostrze pełne niedowierzenia spojrzenie i zapalił kolejnego papierosa.
– Chyba sobie żartujesz!
– No nie wiem, nie wiem. Im ta myśl chyba nawet się podoba. – Narietta beznamiętnie wzruszyła ramionami i wydęła czerwone usteczka.
– Im spodoba się każdy pomysł, dzięki któremu będą mogli sobie powiedzieć, że nie jesteś nietrafioną inwestycją – odparł z bezlitosną szczerością i gorzkim posmakiem w ustach Ian. Niechętnie oglądał, jak mina jego siostry rzednie. – Tak czy inaczej, jutro wrócisz do domu. Z rana przyślę kogoś, żeby cię spakował.
– Skoro tak mówisz…
Mężczyzna podniósł brwi. Spodziewał się, że siostra przyjmie jego decyzję zdecydowanie gorzej. Nie powinien narzekać, ale szczerze mówiąc, prędzej spodziewał się aktów histerii niż takiego zobojętnienia, które wydało mu się podejrzane.
– Później z kolei, na spokojnie, porozmawiamy o reszcie naszych spraw. – Narietta zrobiła zdziwioną minę, ale Ian nie czuł się w obowiązku wyjaśniać dalej. Z pewnym zdziwieniem spostrzegł, że na zewnątrz już zmierzchało. – Na mnie już czas – dodał niefrasobliwie, myślami już będąc w domu, przy ciężarnej żonie. Żałował, że pozwolił, by jakiś niespełniony detektyw w poszukiwaniu sensacji zasiał w nim ziarno wątpliwości. Doti urodzi w niedługim czasie, więc powinien skupić się na zostaniu jak najlepszym ojcem.
Z apartamentu wychodził w pośpiechu równie wielkim, z jakim wchodził. Pośpiech towarzyszył bankierowi tak często, że zaczął stanowić część jego natury. Ian zwykle się dokądś spieszył i myślami wyprzedzał fakty, co na ogół było dobrym nawykiem, pozwalającym mu skutecznie zarządzać finansowym dziedzictwem. Niestety, tym razem miał się przekonać, że to nie uprzedzanie faktów a odrobina uwagi wystarczyła, by powstrzymać siostrę od jej naiwnego postanowienia.
Tylko kto o zdrowych zmysłach ucieka z domu dwa razy w ciągu trzech tygodni?

2 komentarze

  1. Cześć.

    Tak na szybkiego, zanim się zabiorę za czytanie:

    1. To kolejne opowiadanie w tym uniwersum? Czy to ciąg dalszy historii o Eriku?

    2. Zgubiłaś akapity.

    Pozdrawiam,
    graf zer0.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1. Ciąg dalszy historii o Eriku
      2. Racja, teraz powinno być dobrze.

      Usuń

Smokobójca

Gdy Imperium toczy wojna domowa, a mniejsze państewka próbują umocnić swoją pozycję, na kontynencie smoki stają się niechcianymi szkodnikami, które niszczą wioski i kradną złoto. Zawód smokobójcy staje się coraz bardziej zyskowny, a wielu próbuje swoich sił w starciu z gadami, jednak tylko nieliczni są w stanie zdobyć kilkuletnie doświadczenie. Erik sam siebie uważa za najlepszego w tej nietypowej profesji, jednak szybko okazuje się, że zabicie smoka jest dopiero początkiem jego problemów. Niespodziewanie staje się jednym ze świadków morderstwa i musi odkryć kto zabił starego bankiera.

Poszukiwany

Podjęte w przeszłości decyzje miały konsekwencję, które Erik nie do końca przewidział. Trudno stwierdzić, czy jakość jego życia wzrosła czy zmalała. Z pewnością było zupełnie inaczej, niż się spodziewał, dlatego w końcu padną pytania, na które nigdy nie chciał odpowiadać.
W tym samym czasie, zaskoczony nieoczekiwanym rozwiązaniem prowadzonej przez siebie sprawy, detektyw Salar zaczął coraz głębiej drążyć w przeszłości rodziny Tremaine. Uzyskane odpowiedzi w niepowołanych rękach mogą okazać się bardzo niebezpieczne dla całego kraju.
W Trezonie sprawy zaczynały przybierać zły obrót dla Białych. Błękitna Księżniczka rozpoczęła wojnę totalną i nie zamierzała się wahać, by ostatecznie przejąć władzę w Imperium.
Świat nie zmienił się jakoś szczególnie odkąd zamordowano pana Tremaine. Imperium dalej walczyło samo ze sobą, a smoki nadal były traktowane jak szkodniki, które napadały na wioski i kradły złoto. Zawód smokobójcy cały czas pozostawał bardzo zyskowny, tylko czy warto ponosić ryzyko, gdy już nie jest się samemu?

Imperium

W zależności od miejsca pochodzenia historyka, kroniki różnią się opisem Upadku Isarii. Trezońscy kronikarze w swoich zapisach podkreślali niewątpliwy talent polityczny imperatora Artema. Przez potomnych został on nazwany Artemem Żelaznym, bowiem jego wola - niczym żelazo - łatwiej pękała niż uginała się. Badacze historii z innych państw natomiast uwielbiają umniejszać jego dokonania, przypisując część pomysłów jego faworycie, księżniczce Aili. Jak było naprawdę? Trudno powiedzieć. Jedno jest pewne, nawet w najbardziej fantastycznie brzmiącej legendzie tkwi ziarenko prawdy.