niedziela, 2 kwietnia 2017

21. Rozmowy

Chociaż cały komisariat stawał na głowie, by odciąć się od zabójczego wpływu słońca, co chwila otwierane i zamykane drzwi niweczyły wysiłki podjęte przez policjantów. Walka z upałem o tej porze roku wydawała się przegrana już na starcie i nie pomagały ani głośno furkoczące wiatraki, ani ściągnięte marynarki. Nawet Salar musiał co rusz wycierać spocone palce o spodnie, by nie zniszczyć fotografii uwieczniających martwe ciało Antosa Tremaine.

Kilku młodych rewirowych policjantów ze szczerym przerażeniem w oczach oczekiwało wybicia godziny czternastej, która to oznaczała zmianę warty. W taką pogodę nikt nie życzył sobie pozostania na zewnątrz dłużej, niż to było absolutnie konieczne.
— Mam coś dla pana. — Poczciwy Pat Forg pomachał plikiem kartek przed nosem starego detektywa. — Po krótkim śledztwie ustaliliśmy, że z całą pewnością denatka Lota Tanrou popełniła samobójstwo.
— Już? — Salar wziął raport. Szybko przekartkował koślawo napisany tekst. — Zawstydza mnie pan denim tempem pracy.
— Cóż… Tutaj nie było nic skomplikowanego — zmieszał się Pat. — Historia, jakich wiele. Miała dużo zmartwień i nie wytrzymała. Mąż mówił, że bardzo źle znosiła całą sytuację wokół Antosa Tremaine. Od tego wydarzenia nie zmrużyła oka, panicznie bała się fałszywych oskarżeń pod swoim adresem. Nie dało jej się w żaden sposób uspokoić, nawet otrzymane pieniądze jej nie pocieszyły. Więc w końcu się złamała.
— Otrzymane pieniądze? Od kogo?
Starszy człowiek natychmiast wyciągnął swój kajet, przygotowując się do spisania informacji. Dokładnie tak samo, jak miał to w zwyczaju, gdy przesłuchiwał świadków zdarzenia.
— Od pana Tremaine. — Padła odpowiedź. Odpowiedź zdziwiła Salara, który po wysłuchaniu zeznań stworzył w swojej głowie nie do końca miłosierny obraz zmarłego. — Najmłodszego, oczywiście — dodał Pat, zauważywszy dziwaczną minę detektywa. — Zresztą wszystko masz w raporcie. Ja nie znalazłem tam nic ciekawego. — Gdy to powiedział, na komisariacie wybiła godzina czternasta. Chłopcy niechętnie wyszli z budynku, a niemiłosierne gorąco wlało się do środka. W ciągu krótkiej chwili cały posterunek wyraźnie opustoszał, zostało tylko kilku policjantów, głównie detektywów, którzy podobnie jak Salar zajęci byli swoimi sprawami.
Mężczyzna z pewną dozą rezerwy zabrał się za lekturę pozostawionego raportu. Dokument został już opatrzony stosowną pieczątką komendanta, co było równoznaczne z ostatecznym zamknięciem sprawy. Jedynie ujawnienie wyjątkowe, nowe okoliczności mogłoby sprawić, że śledztwo zostanie wznowione.
Rzeczywiście samobójstwo Loty w świetle raportu było niepodważalne. Żadnego śladu włamania, nikt podejrzany nie odwiedzał pokojówki. To w połączeniu z jej rozchwianym emocjonalnie stanem stanowiło bezsprzeczną podstawę do założenia, że sama odebrała sobie życie. Nikt tutaj nie zawinił, więc Pat postanowił czym prędzej zakończyć śledztwo. Solidna, szybka robota, bez rozdrabniania się nad przyczyną zgonu. Prawdopodobnie dlatego też nie wzbudziły jego podejrzeń pieniądze od Iana Tremaine. W zatrważającej wysokości pięćdziesięciu neustijskich koron.
Dla Antosa Tremaine pracowało czworo ludzi. Gdy zmarł, do jego domu wprowadził się Ian, który natychmiast rozpoczął własne porządki. Jeden z pracowników został natychmiast zwolniony, sytuacja drugiego nie uległa żadnej większej zmianie, trzeci otrzymał awans i pracę w banku, a czwarty dużą sumę pieniędzy. Dodatkowo najmłodszy pan Tremaine wyeksmitował z rodzinnego domu własną siostrę. Stare śledcze założenie mówi, że uczynił ten, kto coś zyskał i gdy Salar złożył wszystkie elementy układanki, rozwiązanie stało się bardziej, niż jasne.
Zagadki kryminalne nigdy nie mają dobrych zakończeń. W ciągu trzydziestu pięciu lat swojej służby detektyw Salar nigdy nie miał do czynienia z historią, która skończyłaby się dobrze. Za każdym przewinieniem, za każdym wypadkiem i za każdym przestępstwem, z którym miał do czynienia stała ludzka tragedia. Sprawa zabójstwa pana Antosa Tremaine nie była ani trochę inna w tej materii.
Policjant wiedział już wszystko, co powinien. Otrzymał już szczegóły na temat samobójczej śmierci Loty, a rozmowa z Erikiem Veleno upewniła go w jego własnych podejrzeniach. Uzbrojony w nakaz aresztowania, kazał swoim młodszym kolegom obstawić wszystkie drzwi wejściowe do jednego z banków Tremaine. Widział już niejeden akt desperacji i wolał być przygotowany na wszelkie komplikacje.
Do środka instytucji wszedł sam. Wzbudzanie taniej sensacji nie leżało w interesie policji. Szybko odnalazł Kuberta Bartona, który wyglądał jeszcze bardziej niechlujnie, niż przy ostatniej rozmowie. Rozbiegane oczy młodzieńca wyraźnie szukały ratunku wśród klienteli czy współpracowników. Na szczęście nie potrzebował dodatkowej zachęty, by poddać się władzy.
Z banku wyszli po cichu, bez żadnych scen i histerii. Bez skandalu, który mógłby odbić się na dobrym imieniu budowanym przez lata. Nawet Salar rzadko miał do czynienia z takim spokojem. Cichy asystent starca miał charakter wprost idealny na służącego lub mordercę. Nie stracić zimnej krwi, gdy po cichu podrzyna się gardło, nie było łatwą sztuką. Pozostało już tylko odtworzyć krok po kroku wydarzenia z owego paskudnego popołudnia z uwzględnieniem działań mordercy.
— Nic nie zrobiłem. — Głos Kuberta brzmiał stanowczo. — Na jakiej podstawie mnie aresztujecie?
— Okłamał mnie pan — zaczął spokojnie Salar, siedząc naprzeciwko bladego kancelisty.
— Skąd ta pewność? — Kubert wysilił się na połowiczny uśmiech, ale nie potrafił podnieść wzroku na detektywa. Uparcie wpatrywał się we własne dłonie.
— Pańskie słowa nie zostały potwierdzone przez nikogo — wyjaśnił policjant. — Kucharz Milan twierdzi, że był sam, gdy odkryto, że pan Tremaine nie żyje. Natomiast pan Veleno mówi, że w ogóle nie zaproponowano mu obiadu…
— Po prostu. Pomyliłem się. Odkąd tylko się pojawili, byłem przekonany, że pan Tremaine życzy sobie tego smokobójcę na obiedzie. Tak się nie stało, więc chciałem naprawić swój błąd! — Chłopak z każdym kolejnym słowem podnosił swój głos, a ostatnie wyrazy niemal wykrzykiwał. Krew zupełnie odpłynęła z jego twarzy, która powoli zaczynała przypominać pergamin.
— To ciekawe, bo przy naszej pierwszej rozmowie twierdził pan, że nie był świadkiem rozmowy między panną Nariettą Tremaine a panem Erikiem Veleno, by poinformować kucharza o dodatkowych gościach na obiad i pozostał tam, aż do czasu odkrycia morderstwa. Te słowa nie znajdują pokrycia w zeznaniach innych świadków.
— Może po prostu zwyczajnie coś mi się pomyliło? Śmierć pana Tremaine było okropnym przeżyciem dla nas wszystkich… Powiedziałem Milanowi, co miałem powiedzieć i poszedłem na górę czy coś…
— Gdyby poszedł pan na piętro, musiałby pan minąć się z panną Tremaine i powinien zostać zauważony przez pokojówkę Revę — zauważył trzeźwo Salar, nie spuszczając wzroku z coraz bardziej pogrążającego samego siebie sekretarza.
— No dobrze, po prostu nie pamiętam! Zająłem się czymś mało istotnym i nie wiem, co wtedy robiłem…
— Może to panu odświeży pamięć? — Detektyw wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki własną brzytwę i położył ją przed Kubertem.
Podejrzany najpierw zbladł, a później na jego twarz wstąpił purpurowy rumieniec. Minęła krótka chwila, gdy w końcu zerwał się z krzesła, odskakując jak najdalej od narzędzia. Pot zrosił mu czoło, a usta drżały, jakby chciał coś powiedzieć, a nie mógł. Mimowolnie młodzieniec dotknął dłonią swojej własnej, zaniedbanej brody.
— Wydaje mi się, że dobrze wiem, co się stało w chwili morderstwa, dlatego chętnie wszystko panu wyjaśnię, jeśli będzie to konieczne. Nie mam wątpliwości, że to pan odpowiada za śmierć Antosa Tremaine i nie ukrywam też, że pańska współpraca byłaby wskazana ze względu na dalsze postępowanie przed sądem.
Młody kancelista, który dla osób w wieku Salara mógłby uchodzić ledwie za chłopca, zaczął rozpaczliwie krążyć po celi. Jego ręce kompulsywnie drżały, a spojrzenie było na wpół szalone.
— Nic pan nie wie! — Kubert wyciągnął przed siebie trzęsące się dłonie. — Widzi pan? Są czyste! Nie mam jego krwi na rękach!
— Ale nie zaprzecza pan, że to on zabił Antosa?
Na twarzy młodzieńca odmalowała się niedowierzanie. Krążył wokół Salara jak sęp i wydawał się walczyć sam ze sobą. Stary detektyw dobrze znał ten widok. Wewnętrzna walka między chęcią zatajenia popełnionej zbrodni, a wyznania winy wydawała się na pewien sposób fascynująca.
— Naprawdę uważa pan, że to jest sprawa, za którą warto umierać? — zapytał policjant, krzyżując ręce na piersiach. — Proszę tak na mnie nie patrzeć. To chyba oczywiste, że w obecnej sytuacji ostanie pan skazany na powieszenie? W końcu popełniony przez pana czyn kwalifikuje się na pełnoprawne morderstwo.
Uparte milczenie nie było odpowiedzią, którą stary detektyw chciał otrzymać.
— Zacznijmy więc od samego początku. U rodziny Tremaine nie działo się dobrze, prawda?

Na widok Narietty myśli galopowały przez głowę Erika w zabójczym tempie. Od czego powinien zacząć? Od przeprosin? Od kwiatów? Od komplementu? Od wyjaśnień? Złośliwi, widząc, jak jego twarz blednie, a kolana zaczynają niebezpiecznie drżeć, nazwaliby jego stan „robieniem pod siebie ze strachu”. Ba! Gdyby mógł na chwilę spojrzeć na siebie z boku, sam oceniłby się w ten sposób. Chcąc nie chcąc, musiał przyznać przed samym sobą, że przerażenie paraliżowało go całego, nawet jeśli nie do końca wiedział, czego się bał.
Sztywnym ruchem ręki, zupełnie jakby dosypano mu piasku do stawów, podał dziewczynie bukiet.
— Trzymaj, są dla ciebie — rzucił, udając obojętnego.
Jednocześnie chwila, w której Narietta wahała się, czy przyjąć podarunek, wydała mu się wiecznością. Nigdy nie przeżył, podobnie stresującej chwili. Śmierć rodziców? Nieuchronna kolej rzeczy. Ucieczka z Zimowego Pałacu? Dziecinna igraszka. Pierwsze polowanie na smoka? Fraszka. Ale to?
— Dziękuję. Są śliczne. — Gdy nagie palce Nari przypadkowo musnęły jego dłoń, miał wrażenie, że został porażony piorunem. Erik w myślach zaklął sam na siebie. Przecież to była tylko ona. Bardzo ładna, niezbyt bystra, histeryczna i ekstremalnie naiwna panienka z bogatego domu. Jeśli trzeba będzie, to zełga jej w żywe oczy, a ona mu uwierzy. Prosta piłka. Nic wielkiego. Nie było sensu, aż tak tego przeżywać. Ostatecznie nie stało się nic szczególnego… — Dlaczego dajesz mi floksy?
— A tak jakoś… Po prostu ładne były… — Mężczyzna wzruszył ramionami. — Nie znam się na mowie kwiatów, jeśli o to ci chodzi — dodał, gdy tylko spojrzała na niego znad okularów.
Twarz dziewczyny pozostała zachmurzona, a srebrzyste oczy ponownie ukryły się za czarnymi szkłami. Płynnym ruchem ręki rozłożyła swój wachlarz, zaczynając owiewać sobie twarz.
— Wejdziesz do środka? — zapytała. — Tu, na ulicy, jest gorąco jak w piecu. Nie da się wytrzymać…
— Chciałbym, ale nie mogę. Ktoś poskarżył się na mnie i teraz nie chcą mnie wpuścić — odpowiedział Erik, chowając dłonie w kieszenie spodni.
Z bezchmurnego, niemal granatowego nieba na miasto lał się czysty żar. Ogromne słońce prażyło bez litości, a gorące powietrze tańczyło między oślepiająco białymi budynkami. Do tego wszystkiego ulice pachniały rozgrzanymi kamieniami i kurzem, a jednak gdy tylko smokobójca dostrzegł powoli rozkwitający uśmiech na twarzy Narietty, na jego ramionach pojawiła się gęsia skórka.
— Naprawdę? — Nari przechyliła lekko głowę, usłyszawszy wyjaśnienie. Drobny, filuterny geścik sprawił, że wyglądała zupełnie inaczej niż dotychczas. Erik jeszcze nigdy nie widział jej tak rozpromienionej i jednocześnie zapragnął oglądać ją tylko uśmiechniętą. Przez moment wydawała się naprawdę szczęśliwa. — Nie mam pojęcia, kto to mógł być, ale skoro tak, to chodźmy gdzieś indziej. Byłeś już może w ogrodzie botanicznym? Albo może masz ochotę na coś zimnego? Wiem, gdzie można dostać najlepszy sorbet w mieście…
— Ogród botaniczny brzmi dobrze — odparł mężczyzna. — Poprowadzisz?
Tremaine poprawiła swój jedwabny szal. Jej szyja odsłoniła się na ułamek sekundy, a smokobójca dostrzegł szkarłatne ślady na białej skórze. Natychmiast zrobiło mu się niewyobrażalnie głupio.
— Oczywiście, w końcu to ja cię zaprosiłam. — Nie było nic niezwykłego w tym, jak Narietta ujęła jego ramię. Mimo tego Erik napuszył się jak paw, niestety dyskretne chrząknięcie boya hotelowego, przypominające mu o obiecanej zapłacie, sprowadziło go na ziemię. Trezończyk wygrzebał z kieszeni trzydzieści fenigów, które stanowiły odpowiednik jednej złotej korony i z bólem oddał je chłopakowi. Jednocześnie wystarczyło mu jedno spojrzenie na radość Nari, by zupełnie zapomniał o pieniądzach.
Spacer do ogrodu zajął im jakiś kwadrans. W tym czasie nie odezwali się do siebie słowem. Erik wsłuchiwał się w miarowy stukot obcasów o kamienny chodnik, a Narietta wpatrywała się w jego profil tak intensywnie, że aż poczuł się nieswój. Gdy w końcu doszli na miejsce, oczom trezończyka ukazał się ogromny ogród ciągnący się przez kilka przecznic wzdłuż Alei Królewskiej prowadzącej prosto do pałacu.
W przeciwieństwie do opustoszałych ulic ludzie licznie odwiedzali to miejsce. Jacyś studenci rozkładali się na trawie, kryjąc się przed dokuczliwym słońcem w cieniach drzew. Dzieci głośno bawiły się w tryskającej z fontann wodzie, a para staruszków spacerowała po alejkach podobnie, jak czynił to smokobójca ze swoją damą. Dostrzegłszy ich, Erik wyszarpnął ramię spod delikatnej dłoni dziewczyny i usiadł na ławce pod ogromnym krzewem jaśminu.
— Ludzie będą gadać — stwierdził cicho, unikając zaskoczonego wzroku Narietty. — Nie powinnaś jeszcze bardziej narażać się na plotki.
Blondynka przygryzła policzki, siadając na drugim końcu lakierowanej ławeczki. Położyła na podołku otrzymany bukiecik, który teraz wyglądał dużo mizerniej, niż w chwili, gdy Erik go kupował i rozłożyła wachlarz.
— Nie zamierzam wstydzić się tego, że się zakochałam — odpowiedziała. — To przecież nic złego, prawda?
— Tak, ale ja nie jestem osobą, w której warto się zakochiwać. — Nikły powiew powietrza przyniósł ze sobą słodki, dla smokobójcy nieco egzotyczny, zapach jaśminu. — Nie ma we mnie nic, za co warto mnie kochać.
— Nie kocham cię „za coś”, a raczej „pomimo czegoś”. — Ton Nari przypominał ton obrażonego dziecka. By ukryć drżące ręce, szybko powachlowała się, ale Erik widział, jak mocno zaciskała palce na ozdobnych żebrach przedmiotu. — Pomimo wszystkich twoich przywar. Sama też mam ich dużo.
Chciał natychmiast zaprotestować. To nie było to samo. Jej wady w zasadzie krzywdziły przede wszystkim ją samą, natomiast jego... Wszystkich dookoła.
— Wiesz… Jeśli nie odwzajemniasz moich uczuć, to w tym też nie ma nic złego. To niczyja wina, czasami po prostu tak się zdarza. — Wzruszyła ramionami, siląc się na promienny uśmiech. Widać było jak na dłoni, że pragnęła zapewnienia o jego miłości do niej.
Gdyby to tylko było takie proste! Erik wcale nie kochał Narietty. Nie poświęcał jej zbyt wiele myśli ani nie tęsknił za nią, gdy był sam. Nie kochał jej, gdy mówił przykre dla niej rzeczy, ani gdy ją całował. Miał świadomość wykorzystywania jej naiwności, ale z tego powodu wyrzuty sumienia nie dokuczały mu jakoś szczególnie.
Nawet jeśli chciałby oszukać samego siebie, to w jego zachowaniu wobec niej nie było ani odrobiny miłości. Jak zwykle, napędzał go egoizm. Chociaż nie kochał Nari, to bez dwóch zdań pożądał jej i uwielbiał sposób, w jaki na niego patrzała. Mógł wtedy przeglądać się w jej oczach i widzieć mężczyznę w każdym calu lepszego od niego, wierząc, że to on. Choćby z tych dwóch, nędznych powodów chciał ją mieć przy sobie, nawet jeśli wiedział, że będzie dla niej najlepiej, gdy zostanie z rodziną. Wielokrotnie solennie obiecywał sobie, że zostawi ją w spokoju, a jednak bez dalszego wahania skłamał.
— Kocham cię, ale to zbyt skomplikowane — mruknął. Dobrze widział, jak jej ładna twarz jaśnieje, a na policzkach wykwitają rumieńce. Usłyszała to, co chciała usłyszeć, więc była już zgubiona.
— Nie rozumiem. — Położyła dłoń na jego dłoni. Jasne, smukłe palce odbijały się na tle szorstkiej, opalonej skóry.
— Ja zaraz wyjeżdżam, ty zostajesz tutaj. Pewnie niedługo wyjdziesz za mąż za jakiegoś bogacza i będziesz żyła długo i szczęśliwie.
—Wcale nie! — zaprotestowała żywo Narietta, splatając swoje palce z jego. — Bez ciebie nie będę żyła ani długo, ani szczęśliwie. Chcą wysłać mnie na wojnę…
Na słowo „wojna” Erikowi natychmiast zaschło w ustach. Może i nie dysponował najświeższymi informacjami, ale był pewien, że obecnie cywilizowany świat obserwuje z zapartym tchem tylko jedną wojnę.
— Skąd taki pomysł? — zapytał dla niepoznaki, chociaż w głębi duszy absolutnie nie chciał drążyć tego tematu.
— Dziadek chciał mnie wydać za któregoś Lejtona, a jego syn wpadł na jeszcze lepszy pomysł. Doti twierdzi, że to jak nic mieszanie się w wojnę. — Wzruszyła ramionami, wpędzając Erika w zupełne osłupienie. — Dobrze się czujesz? Ręka okropnie ci drży…
Istotnie. Na dźwięk nazwiska wuja Erik zaczynał trząść się jak galareta, co było powodowane bardziej gniewem, niż strachem. Miał z rodziną bardzo dużo niewyjaśnionych spraw, o których próbował zapomnieć, a one uparcie wracały, uderzając w niego z coraz większą zajadliwością. Nari nie powinna mieć nigdy do czynienia z Lejtonami, bez względu na to, czy chodziło o wuja, Zaina, czy nawet Aidena. Żaden z nich nie był wart zaufania.
— Przykro mi z tego powodu, ale nie wyobrażam sobie, w jaki sposób mógłbym ci pomóc — zaczął smokobójca, ostrożnie ważąc słowa. — Jedyne, co przychodzi mi do głowy jest zbyt niedorzeczne, żeby proponować. Ewentualnie mógłbym cię zabrać ze sobą, ale nie sądzę, żeby ci to odpowiadało…
— A nie mógłbyś zostać? — propozycja Narietty była tak cicha, że Erik ani na moment nie wziął jej słów pod uwagę. Nie dostrzegł też, że dziewczyna chciała zapytać o coś więcej, ale zabrakło jej odwagi.
— Nie — rzucił w odpowiedzi. — To chyba jedyne wyjście.
Oczywistością była zgoda blondynki na wspólną ucieczkę. Kolejną, zarówno w jej, jak i jego wydaniu. Później Erik do końca dnia nie mógł otrząsnąć się z faktu, że Tremaine posiadali kontakt do słynnego Białego Markiza. W tej okoliczności może śmierć starca okazała się wyjątkowo dla niego fartowna? Z podobnymi myślami pakował swoje graty, a każdy odgłos kroków wydawał mu się zwiastunem powrotu do złotego więzienia. Na ich dźwięk zaczynał panikować, nawet jeśli dobrze wiedział, że Cisi Zabójcy po pasowaniu nie wydają żadnych odgłosów.

2 komentarze:

  1. Cześć.

    Urywanie rozdziału w takim momencie to okropna rzecz, która sprawia, że jesteś równie okropną osobą, grającą na uczuciach przynajmniej jednego czytelnika, bo nie wiem ilu ich masz na Wattpadzie.
    I nie mam tutaj na myśli wątku N. i E., który sam w sobie nie jest aż tak bardzo intrygujący jak sprawa morderstwa. Przyznam szczerze, że zapomniałem o tym chłopaku, ale winą zdecydowanie obarczam zbyt długą przerwą w czytaniu Twojego opowiadania. I cały czas żałuję, że nie było więcej przygód smokobójcy, gdy skupiał się na swoim fachu, a nie na pewnej młodej damie. Może uda mi się Ciebie kiedyś na to namówić?
    Wcale bym się nie dziwił, gdyby okazało się, że w morderstwo wmieszany jest pan Ian. W końcu przejął dom i funkcję głowy rodu, jeśli się nie mylę, a mordercy zaoferował awans. Czyżby zanosiło się na to, że zostanie wsypany?
    Jak zwykle jestem ciekaw ciągu dalszego i będę z niecierpliwością czekał na kolejny rozdział. A potem na kolejne opowiadania.

    Pozdrawiam serdecznie,
    graf zer0.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak. Wiem, ze jestem okropną osobą. Co gorsza, uczciwie przyznaję, że ucięłam wątek z pełną premedytacją.Coś przecież musi trzymać ludzi do końca opowiadania. Na szczęście został w sumie już tylko ostatni rozdział, dlatego nie ma co się zżymać. Więcej przeciągania wątku być nie powinno.
      Na przygody smokobójcy, naprawdę, nie trzeba mnie namawiać. Do tego jeszcze wrócę, ale nie mogę mówić więcej w temacie, bo mam brzydki zwyczaj spoilerowania.

      Usuń