piątek, 24 lutego 2017

19. Kucharz

Narietta do późnego wieczoru zastanawiała się nad tym, co powiedziała jej Doti, przy okazji rozmowy nad grobem dziadka. Chociaż wstyd się przyznać, nawet przed samą sobą, szwagierka miała wszelką słuszność zarzucając jej lenistwo, tchórzliwość i głupotę. W końcu przy odrobinie chęci i sprytu mogła zapewnić sobie niemal nieograniczoną swobodę, a zamiast tego siedziała w kącie, cicho popłakując. 
Tym samym udowodniła, że ani trochę nie potrafi być samodzielna i żadne umizgi do smokobójcy tego nie zmienią. Zwłaszcza nieskuteczne, czego dowodziło puste łóżko rano i boleść w sercu, która z czasem stawała się coraz bardziej dotkliwa. Wszystko było nie tak, jak powinno!
Tremaine zwinęła się w kłębek na łóżku. Świeża pościel nie nosiła żadnych śladów wczorajszej nocy. Sztywne poduszki pachniały wyłącznie krochmalem, a prześcieradło pozostało nieskazitelnie białe. Gdyby nie czerwone cętki po pocałunkach, które nosiła na ramieniu i szyi, gotowa pomyślałaby, że nic nie zaszło. Zwyczajnie śniła. 
Ktoś wszedł do sypialni dziewczyny, ale Narietta – zbyt zajęta użalaniem się nad sobą – nawet nie spojrzała na gościa. 
– Panno Tremaine wybiła dziewiąta godzina, więc już wychodzę – oświadczyła nadzwyczaj oficjalnie Szela. – Czy ma pani jakieś specjalne życzenia na jutro? 
Nari zastanowiła się. Chociaż Doti była przekonana, że to służąca doniosła o Eriku i poleciła zwolnić dziewczynę, Tremaine nie czuła się zdolna do tego. 
– Nie – odpowiedziała po krótkiej chwili. – Ale możesz mi powiedzieć… On tu jeszcze był, gdy przyszłaś rano? 
Szela aż otworzyła usta ze zdziwienia. Pytanie było zaskakujące, nawet dla samej Narietty, która ociężale zwlekła się z łóżka. 
– Nie. Nie było tutaj nikogo prócz pani, a później księżniczki Larskiej – padła odpowiedź. 
– Rozumiem… Dobrze więc, nie będę już cię dłużej trzymać. Możesz iść. 
Szela pospiesznie dygnęła przed swoją chlebodawczynią, po czym natychmiast rzuciła się do wyjścia. W chwili, gdy po apartamencie rozległo się głośne trzaśnięcie drzwiami, Narietta wiedziała już, że została sama. 
Przez całą bezsenną noc czekała, chociaż nie do końca była pewna na co. Na przyjście Erika? Gdzieś w okolicach północy zorientowała się, że tego dnia już do niej nie przyjdzie. Dwie godziny później, z pewnym żalem doszła do okrutnej myśli, że być może już nigdy jej nie odwiedzi. Jej towarzystwo nie było zastąpione i w chwili, gdy zaspokoiła jego cielesną ciekawość przestała być jakkolwiek interesująca. Albo coś mu się stało. Nie wszędzie ulice Monkii są bezpieczne, więc może ktoś go napadł, gdy wracał do domu. 
Z takimi myślami dziewczyna chodziła po sypialni, a wyobraźnia podsuwała jej coraz posępniejsze scenariusze. Począwszy od innych kochanek, przez napaść, na kolejnym morderstwie skończywszy. Narietta zdążyła już usłyszeć o śmierci Loty i informacja ta wcale nie pomogła w jej nastroju. Przechodząc obok odsłoniętego okna, zadarła głowę w górę, spodziewając się ujrzeć typowe nocne niebo. Zamiast księżyca czy gwiazd, dostrzegła tylko nisko lecący statek powietrzny, odcinający się jasnoczerwonym kolorem od atramentowych przestworzy. Chociaż słyszała o trezońskim wynalazku, Tremaine nigdy wcześniej nie widziała z bliska tej maszyny i tylko kilka razy oglądała ją w locie. Wypełnione alchemicznie ulżejszonym powietrzem, ogromne poły materiału unosiły korpus statku, spełniając marzenie człowieka o lataniu. 
Musiała przyznać, że nawet pojedyncza sztuka wspaniale prezentowała się na niebie i sama dałaby wiele, by móc przelecieć się takim tworem. Niestety w jej sytuacji, to ciągle były marzenia ściętej głowy. Wynalazek ciągle był zbyt drogą zabawką, na którą mogli pozwolić sobie jedynie obrzydliwie bogaci filantropi i zbyt niebezpieczną, by Ian czy Jared dobrowolnie pozwolili jej odbyć taką podróż. Nari wierzyła, że statki powietrzne ciągle były zbyt nowe, ludzie zwyczajnie musieli się z nimi oswoić, a gdy poznają ich zalety – pokochają, tak samo jak automobile i pociągi. 
Zaczęło świtać, gdy w końcu Tremaine oderwała wzrok od majestatycznie sunącej przez przestworza maszyny. Wspaniały widok z okna pokrzepił ją wystarczająco, by obiecała sobie, że gdy tylko się wyśpi przestanie czekać. Zamiast tego powinna zająć się czymś konkretniejszym. 

– No i po co ta cała szopka? Wszystko co wiem, powiedziałem już przy okazji pierwszego przesłuchania. – Milan wcale nie krył się ze swoją niechęcią do metod zastosowanych przez Salara. Siedział na krześle przed detektywem ze skrzyżowanymi rękami na piersiach i skwaszoną miną. – Nie mam nic więcej do dodania. 
Stary policjant westchnął ciężko, palcami masując nasadę nosa. Jednym, szybkim spojrzeniem zmierzył świadka. Kucharz nie wyglądał imponująco. Pulchny, łysy człowieczek z płaską twarzą i ogromnymi dłońmi. Ani na chwilę nie spuszczał wzroku z Salara i ani razu nie ugiął spojrzenia przed nim. 
– Nic a nic? – dopytywał detektyw. – Nie przyszły panu na myśl jakieś własne spostrzeżenia? Nie ma pan żadnych podejrzeń? 
– Nie chcę oskarżać ludzi z jednego domu! – oburzył się świadek, waląc otwartą dłonią o blat stołu. – Jakby się uprzeć to każdy z nas miał powód, żeby kropnąć starego! Ale nie wierzę, żeby to zrobił ktoś z nas. My jesteśmy zwyczajnymi ludźmi, nie mordercami! Więc to chyba oczywiste, że zabił ten cały smokobójca? Skąd on się w ogóle wziął w tym domu? Czy to nie jest podejrzane? Czemu pan jego nie przemagluje, zamiast zabierać czas uczciwym ludziom?! – Kucharz skwasił się jeszcze bardziej, ponownie krzyżując ręce na piersiach. Trudno było mu to mieć za złe. Odkąd do domu Antosa Tremaine wprowadził się jego wnuk z żoną, Milan stracił pracę. 
– Oczywiście, że tak. Proszę mi wierzyć, że i to badamy – odparł ze spokojem Salar. – Proszę mi wobec tego powiedzieć, co oznaczały słowa „każdy z nas miał powód”? 
– Na niespodziewaną śmierć nie trzeba wcale jakoś szczególnie zasłużyć. – Odpowiedź kucharza padła niemal natychmiastowo, bez żadnego zastanowienia. – Nawet najbłahszy powód dla kogoś z boku, może okazać się felerny i bardzo istotny dla mordercy. Dlatego uważam pytanie o motywy za bardzo głupie. W niczym nie pomagają, a tylko bardziej mącą. – Kucharz mlasnął z niesmakiem. - Policja stoi w miejscu zastanawiając się, co skłoniło zabójcę do mordu, zamiast go łapać. 
– Mimo wszystko, proszę wyjawić mi te powody. Wszystkie, o których pan wie. 
– No ta rozpuszczona pannica Tremaine, to na przykład w ostatnich tygodniach okropnie kłóciła się ze starym. Ich krzyki było słychać nawet w kuchni. Z tego co wiem, chodziło o jej zaręczyny z jakimś baronem, które stary niespodziewanie odwołał. Rozpuszczona dziewczynka była z tego powodu bardzo nieszczęśliwa i chciała wrócić do narzeczonego, ale dziadek jej nie pozwolił. Lota bardzo pilnie potrzebowała pieniędzy, chciała wysłać swoje dzieci do porządnej szkoły, żeby mieli nieco lepszą przyszłość. Reva chciała, by swoim nazwiskiem oraz prestiżem wsparł pomysły emancypantek. Kubertowi bardzo zależało na rozpoczęciu pracy w banku zamiast redagowania listów pod dyktando. – „Powody” zostały ujawnione jednym tchem, chociaż większość z nich brzmiała zbyt błacho, by Salar mógł wziąć je na poważnie. Podobne problemy ma cała ludzkość. 
Na komisariacie było bardzo duszno. Ukrop z zewnątrz bezlitośnie wlewał się do ocienionego wnętrza budynku, nie dając ludziom wytchnienia ani na moment. Stary detektyw otarł chusteczką spocone czoło, wyraźnie widząc jak pot rosi głowę przesłuchiwanego  świadka. 
– A pan? – na twarzy kucharza pojawił się koślawy uśmiech. 
– A ja chciałem mieć jeden wolny dzień w tygodniu – odrzekł po krótkiej chwili, wzruszając ramionami. Widząc, jak brwi Salara wędrują do góry, Milan natychmiast dodał: – Sam pan widzi, jakie to głupie. Od siedmiu lat gotowałem dla niego i jego wnuczki i nie miałem ani jednego dnia odpoczynku! Czy przez to jestem podejrzany jako morderca? 
– Nie, oczywiście, że nie. Zależy nam jednak na jak najlepszej rekonstrukcji zdarzeń z tamtego dnia, dlatego proszę mi opowiedzieć powoli i ze szczegółami, co wydarzyło się odkąd panna Tremaine wróciła do domu. 
Kucharz zmarszczył czoło i zacisnął palce na własnych ramionach tak mocno, aż mu zbielały. Bruzdy na jego twarzy pogłębiły się mocno, gdy przypomniał sobie paskudną sprawę. 
– A to też nieciekawa sprawa była! Mała Tremaine wyszła z domu po kłótni i już nie wróciła! Stary przez jakiś tydzień na przemian odchodził od zmysłów i przeklinał wnuczkę, nawet zgłosił na policję jej zaginięcie. Później ona wraca jak gdyby nigdy nic w towarzystwie tego trampa! – Informacja spadła na Salara jak grom z jasnego nieba. Natychmiast zaczął kartkować swoje notatki. Gdy znalazł to, czego szukał, ledwo powstrzymał się od przeklęcia. Jak, do kroćset, mógł być tak głupi!?
Wystarczyło przekręcić jedno słowo, by wpaść w pułapkę założeń. Salar tak bardzo obawiał się o Lira i jego udowadnianie pod wcześniej wymyśloną teorię, że nawet nie spostrzegł, gdy sam zrobił taki błąd. Nikt nigdy nie twierdził, przynajmniej oficjalnie, że Narietta Tremaine została porwana. We wszystkich policyjnych dokumentach użyto słowa „zaginięcie”. 
– No to stary chyba chciał wybadać, kim jest ten włóczęga i czego chce od jego pieszczoszki. Pozwolił mu nawet zostać na obiedzie. Nie ukrywam, że sprawiło mi to trochę problemu, bo niełatwo jest przygotować dwie dodatkowe porcje jagnięciny w zaledwie pół godziny przed podaniem w taki sposób, by nie nadwyrężyły mojej dobrej opinii. Na całe szczęście przybłęda okazał się być przyzwoity i odmówił wejścia na salony. Tuż przed podaniem obiadu usłyszałem wrzask Loty. Jak się później okazało, stary już wtedy był martwy. Więcej nic nie wiem. 
– Bo to pan pobiegł na policję, prawda? – doprecyzował Salar, a kucharz przytaknął. – Bardzo mądrze. Proszę mi jeszcze powiedzieć, czy wie pan co robili pozostali domownicy, w czasie gdy mogło dojść do zabójstwa.  
Przez moment mogłoby się wydawać, że na butnej twarzy Milana pojawia się wahanie. Stary detektyw dobrze znał tę minę. Zwykle robili ją świadkowie rozważający kłamstwo. Po cóż kucharz miałby kłamać? 
– Nie mam pojęcia. Pewnie wykonywali swoje obowiązki. Od południa, odkąd rzeźnik przywiózł moje zamówienie, siedziałem sam w kuchni i przygotowywałem obiad. Raz tylko wpadła do mnie Reva, powiadomić, że mała wróciła ze swoich niezapowiedzianych wojaży z kimś i żebym przygotował obiad dla dwóch osób więcej. A później przyszedł Kubert powiadamiając, że wystarczy tylko jedna porcja. To wszystko. 
– To wszystko? – upewnił się policjant, a kucharz przytaknął. – Czy ktokolwiek może potwierdzić pańskie słowa? Że przez cały czas był pan w kuchni? 
– Pewnie, wszyscy mogą to potwierdzić, bo ja nie kłamię – odparł natychmiast Milan. – A jeśli dla pana to za mało, może pan jeszcze zapytać Iana Tremaine. Następnego dnia, gdy mnie zwalniał, wpieprzał na śniadanie pierwszorzędną zimną jagnięcinę, którą przygotowałem dla starego. 
– Zrobił to już następnego dnia? Tuż po morderstwie?
– Ta zrobił to z samego rana… Według tej jego grubej żoneczki gotuję zbyt tłusto, żeby im smakowało. A jakoś ani stary, ani jego panna nie narzekali na moją kuchnię, a obydwoje chudzi jak przecinki. – Kucharz robił się coraz bardziej czerwony na twarzy, jakby wspomnienie było dla niego zbyt wstydliwe, by mówić o tym głośno. – A ja gotuję uczciwie i nie chcę, żeby ludzie, których karmię chodzili głodni. 
– Nie miał więc pan czasu, żeby sprawdzić czy czegoś w kuchni nie brakuje? W jakim stanie były noże w kuchni? – niespodziewane pytania zaskoczyły Milana. 
– No, noże jak to noże… – odpowiedział zmieszany. – Ciągle używane były, więc nie wszystkie były doskonale naostrzone… Jeden miałem tam taki swój, ośmiocalowy nóż szefa kuchni, który zawsze był ostry jak żyletka. 
– Czy tamtego dnia, ktoś mógł panu go wykraść? 
– Absolutnie nie. Gdy gotuję, praktycznie cały czas mam go pod ręką. Wtedy nie było inaczej i na pewno zauważyłbym jego brak. 
– A jakieś inne osobliwe narzędzia mogły zniknąć z kuchni? Takie, którymi sprawca mógłby poderżnąć gardło panu Tremaine? 
– Nie było żadnych takich. Bo czym można poderżnąć gardło poza bardzo ostrym nożem? Stary nie był miłośnikiem broni, nie używał nawet brzytwy i co dwa, trzy dni chadzał do golibrody. – Ostatnie stwierdzenie mocno uderzyło Salara. To tłumaczyło kwit znaleziony przy Locie. 
– Ma pan coś jeszcze do dodania? 
– Tylko tyle, że jestem niewinny – burknął poważnie Milan. – Powiedziałem już wszystko, co wiem w tej sprawie. Chyba, że ma pan więcej pytań, wtedy postaram się odpowiedzieć najlepiej, jak potrafię. 
– Chciałbym zapytać tylko o jedną rzecz: czy pan Tremaine w ogóle posiadał brzytwę?
– Nie wiem – wypalił kucharz. – Naprawdę, zapuszkujcie mnie, ale nie wiem. Niby każdy mężczyzna powinien posiadać przynajmniej jedną, ale ja tam nigdy żadnej brzytwy w tym domu nie widziałem. Kubert albo któraś z dziewczyn powinny lepiej wiedzieć. 
– Dobrze, więc będę jeszcze się tego dowiadywał – zapewnił Salar, wysilając się na pokrzepiający uśmiech. – A na razie to wszystko. 
Nie czekając na pożegnanie, kucharz zerwał się z miejsca i pospiesznie wyszedł z komisariatu. Salar jedynie odprowadził go wzrokiem, ważąc w głowie wszystko to, co przed chwilą usłyszał. Miał mnóstwo nowych pytań i odpowiedzieć na nie mogły tylko osoby pozornie niezwiązane z morderstwem. 
Uporządkowawszy papiery na swoim biurku, policjant najpierw przejrzał dzisiejszą gazetę, a później jeszcze raz starannie przejrzał raport spisany tuż po odkryciu morderstwa. Jedna, pewna rana zadana przez kogoś, kogo znał pan Tremaine. Zrobiona nadzwyczajnie ostrym narzędziem. Przez kogoś, kto mógł zbliżyć się do starca na tyle, by nie wzbudzić podejrzeń. I to właśnie słowa tego „kogoś” nie znajdywały potwierdzenia u innych świadków. 
Stary detektyw miał poczucie, że właśnie rozwikłał zagadkę morderstwa Tremaine, ale by być tego pewnym, potrzebował potwierdzić jeszcze jeden fakt. Zdobyć ostatni element układanki i ostatecznie zakończyć tę paskudną sprawę.

4 komentarze:

  1. O tak, jako pierwszy komentuję ten rozdział. Jestem wzruszony.

    Tak bardzo żałowałem, że wątek morderstwa niejako został odsunięty na bok i chciałem zapytać, kiedy znowu się pojawi, ale odpowiedź już mam. Według mnie jest bardziej ciekawy niż jakaś tam wojna, może dlatego, że niespecjalnie interesują mnie intrygi i sprawy związane z polityką.

    Obecność wśród emancypatek może pomóc biednej Narrietcie. Mam wrażenie, że po jakimś czasie mocno zmieni się jej charakter. Pytanie tylko kiedy. Dużo zostało do końca opowiadania?

    W jednym akapicie trzy razy napisałaś "ciągle było", odmienione oczywiście.

    Zastanawiam się czy kucharz mógłby być na tyle wykształcony, że wie co to jest przecinek.

    Ludzie lubią chyba gwałtowne wyjścia. : D tu jedna rzuciła się do drzwi jakby coś ją goniło, tam drugi zrywał się z krzesła. ; )

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okay, więc tak:
      - do końca tego opowiadania (tj. wyjaśnienie sprawy sprawy morderstwa dziadka) zostały jakieś 3-4 rozdziały, ale jako całość (tj. wyjaśnienie tych wątków, które zostały w jakiś sposób poruszone), to jesteśmy gdzieś pi razy oko w 1/3.

      - bez przesady, nawet jako kucharz jakieś podstawy edukacji otrzymał. Dzieci w podstawówkach chyba uczą się już o przecinkach, nie?

      - Ty się śmiejesz z gwałtownych wyjść, poczekaj jak lada moment zaczną się szaleńcze wejścia xD

      Usuń
    2. Czy to znaczy, że będzie więcej wątków związanych z wojną et cetera? Ogółem cieszę się, że opowiadanie jeszcze trochę potrwa i już nie mogę się doczekać końca. ^^

      No tak, problem w tym, że w sumie realia nie są do końca określone i nie wydaje mi się, żeby poruszona została sprawa edukacji. ; ) Dlatego pytam.

      Usuń
    3. Tak. Więcej też będzie o samym Eriku, jego rodzinie, przeszłości i to, o czym zdaje się chciałeś poczytać najbardziej, czyli o zajęciu smokobójcy. Trochę tego jest, więc na dłuższą metę przede mną sporo pracy.

      Realia tego opka opieram na początkach XX wieku (konkretnie staram się trzymać mniej-więcej ram 1910-1930), gdzie kraj, w którym aktualnie toczy się akcja może był wzorowany na ówczesnej Austrii i Prusach (chociaż cały czas wiele faktów w głupi sposób mi umyka i pewnie nijak nie oddaję ducha tamtej epoki).

      Usuń