poniedziałek, 15 sierpnia 2016

17. Samobójstwo

Złoto–pomarańczowa tarcza słońca unosiła się wysoko, ponad najwyższymi czerwonymi dachami w mieście, wyraźnie odcinając się od błękitnego nieba. Dzień w Monkii należał do tak jasnych, że potrafił niemal oślepić nieprzygotowanych przechodniów, a popołudnie było nieznośnie upalne. Cykady w ogrodzie grały głośno swoją muzykę, doprowadzając Nariettę do szału.

Dziewczyna najchętniej wróciłaby teraz do swojego hotelu, obawiając się, że gdy Erik zechce w końcu ją odwiedzić, zastanie tylko zapracowaną Szelę. Niestety, zarówno Ian, jak i pan Tremaine odmówili jej pozwolenia powrotu do apartamentu. Byli przecież rodziną i od dawna nie widzieli się w komplecie. Dlatego też powinni spędzić ze sobą więcej czasu. Nawet, jeśli jest to tylko obiad we własnym towarzystwie.
– Więc? Jak chcecie to zrobić? – przerwała niezręczną ciszę Doti. – Nie możecie przecież napisać do Białego Markiza telegramu „Chcemy wydać naszą córkę za księcia", wyjdziecie na głupców. Poza tym musicie się liczyć z tym, że Biały Markiz może upierać się przy twierdzeniu, że człowiek, którym steruje jest jego siostrzeńcem. Co jeśli spróbują was oszukać i to za niego będzie musiała wyjść łajza?
Serce młodej Tremaine zadrgało. Jej szwagierka miała rację. Co jeśli wszyscy się pomylili i wcale nie chodziło o Erika? Aż bała się pomyśleć, co będzie jeśli zostanie wywieziona na daleką i nieprzyjazną Północ, do jakiegoś zadufanego w sobie egoisty bez serca.
– Nie musisz się bać o takie szczegóły jak kontakt z Lejtonem – odparł Jed Tremaine znad talerza zupy. – Akurat to mam już załatwione. Naprawdę myślisz, że zdradzałbym wam swoje plany, nie mając gwarancji na ich realizację?
– No nie wiem, nigdy nie wtajemniczałeś nas w „swoje plany". – Doti zmrużyła wściekle oczy.
– Język, młoda damo – upomniała ją natychmiast Amita, niemal doprowadzając synową do białej gorączki. – Nie tak powinno się zwracać do swojego teścia.
Uwaga zadziałała na księżniczkę niczym płachta na byka. Nari z przerażeniem widziała jak okrągła twarz jej szwagierki najpierw okropnie czerwienieje, by następnie przybrać biały, niezdrowy kolor. Larska szukała wzrokiem wsparcia u męża, a gdy go nie uzyskała, jej wzrok spoczął na blondynce. Przez moment kobieta walczyła sama ze sobą, najwyraźniej chcąc się odciąć za zniewagę. Ostatecznie jednak postanowiła milczeć.
Atmosfera przy stole była tak gęsta, że właściwie można ją było kroić nożem. Młoda Tremaine sięgnęła po kieliszek z wodą, dyskretnie rozglądając się po członkach rodziny. Na honorowym miejscu przy stole, które zwykle zajmował dziadek, teraz rozgościł się Jed. Po jego lewej stronie siedziała Amita, a po prawej Ian. Jej samej i Doti przypadły najdalsze od seniora miejsca, naprzeciwko siebie.
– Dlaczego taka jesteś?! – księżniczka nagle wybuchła, z impetem wstając z miejsca. Nari początkowo myślała, że wrzask tyczy się jej przybranej matki. Dopiero gdy szwagierka oskarżycielsko wskazała ją palcem, zrozumiała, iż chodzi o nią. – Tak ty! Dlaczego jesteś taka obojętna?! Nic cię nie interesuje, bezmyślnie pozwalasz, żeby cię sprzedali!
– Doti! – Ian chwycił żonę za łokieć, by z powrotem usiadła. Jednak brunetka ani myślała wracać na swoje miejsce.
– ZOSTAW MNIE! – wrzasnęła wściekle, aż cały dom się zatrząsł. – Czy tylko ja widzę, jak bardzo niedorzeczna jest ta sytuacja?! Naprawdę myślicie, że uda wam się wżenić w rodzinę imperatorską? Wam? Dorobkiewiczom bez historii? I to jeszcze przez nią? W najlepszym przypadku porzuconą sierotę, a w najgorszym córkę dziwki?
Mimo, że Nari od zawsze była świadoma, co o niej myślą członkowie najbliższej rodziny, powiedzenie tego na głos stanowiło dla niej policzek. Czuła, jak oblewa ją gorąco, a na twarz wstępują rumieńce wstydu. Splotła ze sobą palce, chcąc ukryć ich drżenie. Dobrze wiedziała, że Doti mówi to, co mówi, bo jej zazdrości i musi jakoś odreagowywać niekomfortową dla siebie sytuację. Tak naprawdę jej słowa były pozbawione znaczenia. A jednak bolały tak samo mocno za każdym razem.
– A nawet jeśli to się wam uda, to co dalej? Wyślecie ją na północ, a ona nie zna ani języka, ani nie ma żadnych koneksji i co? Naprawdę wierzycie, że nikt jej nie tknie, gdy zacznie zawadzać czyimś planom? A może wtedy nie będzie już wam do niczego potrzebna?!
Gdy dziadek żył, w momencie gdy stawał od stołu, wszystkie rozmowy natychmiast cichły, a on nie musiał nawet podnosić głosu, by zaprowadzić mir wśród zgromadzonych. Jego syn, Jed nie potrafił narzucić swojego ładu nawet najbliższym, dlatego gdy wstał, jedyne co mógł zrobić to krzyknąć na synową:
– To ja zdecyduję, co się z nią stanie! To ja teraz jestem głową naszej rodziny i to ja wiem, co będzie dla nas wszystkich najlepsze! A kobiety i dzieci powinny milczeć! Siadaj!
– Tato! – zaprotestował cicho Ian, ale to wszystko, na co było go stać.
– Ah, tak? – Larska ani myślała posłuchać swojego teścia. Z donośnym szurnięciem odsunęła krzesło. W pełnej napięcia ciszy, powoli obeszła stół, po czym położyła rękę na ramieniu Nari. – Chodź łajzo, jesteśmy już spóźnione na naszą grę.
Właściwie, to przez wydarzenia z ostatniej doby, Narietta zupełnie zapomniała o umówionym spotkaniu w klubie brydżowym. Faktycznie, razem z Doti powinny zagrać kilka partyjek, jakieś... Pół dnia temu. Dziewczyny z klubu pewnie już dawno skończyły. Mimo tego, Tremaine posłusznie poszła za szwagierką, wiedziona dziką ciekawością, o co może jej chodzić.
– Niewdzięcznice! – usłyszała za sobą wściekły głos Amity. – Nie ważcie się wracać!
Pospiesznie wyszły z domu wprost na popołudniowy skwar, zabierając ze sobą jedynie kapelusze. Księżniczka, mimo ciąży, szybko maszerowała wzdłuż jasnego chodnika, z głową podniesioną wysoko do góry. Chociaż Nari oczekiwała jakiegoś wytłumaczenia, czy choćby szczerej rozmowy w czworo oczu ze szwagierką, ta uparcie milczała. Wspólnie przeszły dwie przecznice, przy trzeciej skręcając w prawo. Spacerowały jeszcze kawałek, mijając szereg domów odróżniających się od siebie tylko kolorem drzwi i okiennic. W końcu Doti podeszła do czerwonego wejścia, z werwą robiąc użytek z mosiężnej kołatki.
*
W przedsionku skromnego mieszkania, będącym jednocześnie pralnią i kuchnią, kłębiło się mnóstwo ludzi. Policjanci starannie wywiązywali się ze swoich obowiązków, należycie przygotowując miejsce do przybycia Salara, który starał się przybyć tak szybko, jak tylko mógł. Pospiesznie przedarł się przez mundurowych, rozglądając za lekarzem stwierdzającym zgon kobiety i śledczym nadzorującym zbieranie dowodów.
Ciało pokojówki było już zdjęte z pętli i sztywne, chociaż przez wzgląd na upał – cały czas ciepłe. Ktoś z boku mógłby pomyśleć, że kobieta jedynie straciła przytomność przez bezdech. Jej sina twarz wydawała się być spokojna, a ciało ubrane było w wyjściową, czarną suknię. To wyglądało, jakby sama zaplanowała swoją śmierć.
– Nieudolne powieszenie – oświadczył koroner po wstępnych oględzinach. – Przy prawidłowej egzekucji, powinno dojść do przerwania rdzenia kręgowego, co spowodowałoby natychmiastową śmierć. Tutaj użyty fartuch – lekarz ze skrzywioną miną wskazał na wyraźnie świeżo uprany, rozdarty materiał. – Był zbyt krótki, dlatego śmierć nastąpiła przez odcięcie dopływu powietrza. Zwyczajne uduszenie i niepotrzebna agonia.
Salar kiwnął głową, uważnie oglądając ciało Loty. Jej ręce, chociaż spracowane były czyste, a na przedramionach nie było żadnych siniaków.
– Mord czy samobójstwo? – zapytał lekarza, obchodząc ciało. Ostrożnie namacał fartuch, ale nie znalazł w jego zawartości nic poza papierowym kwitem. Był to wymięty rachunek za wizytę u golibrody opiewający na sumę piętnastu miedziaków. Wystawiony na nazwisko Antosa Tremaine. Salar zmarszczył czoło, przyglądając się skrawkowi papieru, ale nie znalazł tam niczego, co mogłoby budzić jego podejrzenia. Data pokrywała się z ostatnim dniem życia nieboszczyka i to by było na tyle.
Detektyw oddał znalezisko policjantowi zajmującemu się zabezpieczeniem miejsca zdarzenia i wszelkich dowodów.
– Raczej to drugie – odpowiedział spokojnie koroner, ten sam, który stwierdził morderstwo starego Tremaine. – Po raz kolejny, nie ma śladów walki, czegokolwiek pod jej paznokciami, no i stryczek to częsty wybór samobójców. Łatwy do wykonania. Widzi pan? – mężczyzna zwrócił uwagę Salara na krzesło stojące przy ścianie, między starannie wyszorowanym, kaflowym piecem i sporą, metalową balią. Drewniany, nijaki mebel umknął w pierwszej chwili uwadze detektywa, ale zaraz później podniósł wzrok do góry, gdzie dostrzegł szereg belek z lakierowanego drewna. – Przerzuciła fartuch i powiesiła się na nim w tamtym miejscu.
Do mężczyzn podszedł trzeci jegomość, ubrany w standardowy policyjny mundur ze szkarłatnymi lamówkami. Skłonił się lekko, przedstawiając jako Pat Forg, śledczy nadzorujący badanie tej sprawy.
– Z tego, co zdołaliśmy przesłuchać sąsiadów, od rana nikt nie wchodził, ani nikt nie wychodził z domu. Ciało odkryły dzieci bawiące się na podwórzu. Zaglądały przez okno i powiedziały opiekunce, że coś wielkiego wisi na belkach. Ta zawiadomiła nas, samej nawet nie sprawdzając tego. – Mając w pamięci zachowanie nieboszczki po odkryciu zwłok starego Tremaine, Salar podejrzewał, że kobiecina dobrze zrobiła, nie będąc zbyt ciekawska. – Powiadomiliśmy już członków rodziny, niedługo powinni tutaj przybyć. Taka tragedia akurat dzisiaj. Jej najstarsi synowie właśnie rozpoczęli szkołę zawodową, a teraz muszą sobie poradzić bez matki.
– „Szkołę zawodową" mówi pan? – zapytał stary detektyw, w ułamku sekundy przypominając sobie słowa przesłuchanej Revy o tym, że kobiety nie było stać na kontynuowanie nauki przez obydwóch chłopców. – Taką z płatnym czesnym i w ogóle?
– Tak, to zdolne chłopaki. Jeden zaczął naukę na elektryka, a drugi na mechanika. – Salar pokiwał głową. Naraz poczuł się jak młodzik i zaczął się spieszyć. Musiał koniecznie przesłuchać pozostałą już dwójkę świadków.
Wyraźnie zdradzając swoje podekscytowanie, mężczyzna pospiesznie pożegnał się z zebranymi, przyznając, że jest potrzebny w kolejnym śledztwie jak dziura w moście. Jednocześnie też poprosił o jak najdokładniejsze sprawozdanie z przebiegu śledztwa. Pytanie o pieniądze na czesne po raz kolejny było zbyt osobistym, by można było je zadać mężowi denatki, niemniej policjant Forg obiecywał zwrócić na to szczególną uwagę.
Sekretarz starego Tremaine, Kubert Barton, na spotkanie z Salarem przyszedł w wymiętym garniturze. Chociaż był to młody mężczyzna, wyglądał na okropnie zapuszczonego – niegolony od tygodnia zarost i ziemista skóra, zdradzały zmęczenie. Bezwładnie opadł na krzesło, rozglądając się po całym pokoju administracyjnym policji.
– To przez zmianę obowiązków – wyjaśnił pospiesznie, gdy detektyw zwrócił uwagę na jego niepokojący stan. – Gdy stary pan Tremaine zmarł, straciłem pracę. Na szczęście jego syn natychmiast zatrudnił mnie w jednym ze swoich banków jako kancelistę. Praca jest dobrze płatna, ale wymaga dużego skupienia, a ja od zawsze mam problemy z insomnią.
– Czy może mi pan jeszcze raz powiedzieć, co się stało tamtego popołudnia, gdy zmarł Antos Tremaine? – zapytał spokojnie Salar, znad swojego zeszytu. – Co pan robił, gdzie był? Pan Veleno nadal uparcie twierdzi, że odprowadzał go pan do drzwi w korytarzu i był ostatnią osobą, która mogła widzieć nieboszczyka żywego.
– To bzdura! – zaprotestował natychmiast młodzieniec, ręką gładząc zarośniętą brodę. – Kiedy panna Tremaine wróciła do domu z tym typkiem spod ciemnej gwiazdy, owszem, polecono mi go pilnować. Jednak później, sam pan domu zaczął się nim interesować. W tym czasie poszedłem do Milana, by przygotował obiad dla większej liczby osób. Może potwierdzić, że byłem w kuchni, do czasu gdy obydwaj usłyszeliśmy krzyki Loty. Wtedy obydwoje wybiegliśmy sprawdzić, co się dzieje, a tam wybuchło już całe to zamieszanie.
– I co wtedy? – detektyw uważnie przyglądał się mężczyźnie, drapiącemu się po zarośniętym podbrudku. – Kto jak się zachowywał? Może zauważył pan coś niezwykłego?
Świadek zamyślił się, krzyżując ręce na piersiach. Po raz kolejny rozejrzał się po pokoju, po czym westchnął ciężko, wzruszając ramionami.
– Nie, nic takiego. Każdy był wstrząśnięty widokiem zastanym w gabinecie. Lota wpadła w histerię, a ja z Revą staraliśmy się uspokoić. Milan pobiegł po pomoc i zawiadomił policję. Panną Tremaine zajął się ten smokobójca. Nie pozwolił jej zobaczyć gabinetu, ani ciała.
– I nic nie wzbudziło pana podejrzeń? – Kubert jedynie wzruszył ramionami.
– Może oskarżenie, które wysunęła Lota było dziwne, ale nic poza tym.
Salar pokiwał ze zrozumieniem głową. Tak, oskarżenie pokojówki wysunięte przeciwko pannie Tremaine i panu Veleno było jednym z najdziwniejszych aspektów tej sprawy. Niemniej jednak, on dostrzegł coś jeszcze.
– Proszę mi powiedzieć, dlaczego dopuścił pan, by tuż po morderstwie jej dziadka, waszą chlebodawczynią, panną Tremaine zaopiekował się ktoś obcy? – sekretarz wybałuszył oczy ze zdziwienia. Wyraźnie nie spodziewał się pytania, które padło. – Przecież nigdy wcześniej nie mieliście do czynienia z tym smokobójcą?
Skonsternowany mężczyzna uparcie milczał przez chwilę, nie wiedząc co odpowiedzieć. Gdy w końcu zrozumiał, że zrobił z siebie głupca, przyznał to bez owijania w bawełnę:
– Tak, to prawda. Z naszej strony to było bardzo głupie. Sam, nie wiem, co wtedy myślałem. Byłem w szoku, Lota wrzeszczała, Reva płakała, Milan pobiegł po pomoc. Nie wiedziałem, co robić, a on, gdy tak sobie teraz o tym pomyślę, wydawał się mieć wszystko pod kontrolą. Z nas wszystkich to on był najspokojniejszy, gdy to się stało. Nie wiem, co bym zrobił, gdyby tamtej nocy zabił jeszcze pannę Tremaine.
– „Jeszcze"? – zdziwił się Salar.
– Bo to on zabił, prawda? – kontynuował swoją myśl Kubert. – To on ostatni był w gabinecie pana Tremaine i to jego wskazała Lota. Zresztą, on nawet wygląda na takiego, co spędził mnóstwo czasu w więzieniu, więc pewnie to wszystko jest jego sprawką.
Co do tego, stary detektyw wcale nie był pewny. Chociaż sam na początku śledztwa również gotowy był oskarżyć pana Veleno o zabójstwo, teraz miał uzasadnione co do tego wątpliwości. Smokobójca – a może trezoński książę? – był zbyt obcy dla rodziny, by mieć jakikolwiek sensowny powód zabicia starca, a Salar nie oskarżał go o bycie niespełna umysłu.
– Jaki miałby mieć motyw?
– Panna Tremaine jest bardzo piękna – zauważył nagle sekretarz, wlepiając wzrok w swoje dłonie. – Mógł prosić o jej rękę, a pan Tremaine mu jej odmówił. Bo nie ma żadnych tytułów, ani majątku godnego takiej żony. Bo lepsi od niego są zainteresowani ożenkiem z nią. Bo ona go nie chciała.
Detektyw uniósł brwi, z niedowierzaniem słuchając wyznania sekretarza. Skąd u niego taki pomysł? Przecież zabicie pana Tremaine w tym przypadku, cały czas nie dawało żadnego zysku, więc niemal natychmiast wykluczył ten pomysł.


6 komentarzy:

  1. Hej.

    Robi się coraz ciekawiej. Odczuwam coś na podobieństwo uczucia podczas czytania ostatnich stron kryminałów. Swego rodzaju ekscytacja, że już za moment, za kilka stron dowiemy się, kto zabił. Teraz też się czuję, jakbym był blisko końca opowiadania.

    Może samobójstwo, a może zabójstwo. Nikt nie powiedział, że jest tylko jeden morderca. Mógł albo mogła działać w zmowie z pokojówką. I gdy ta chciała coś chlapnąć, to stała się niewygodna.
    Zastanawia mnie skąd w końcu wzięli pieniądze na czesne dla dzieci, skoro jej dotychczasowy pracodawca odmówił udzielenia pożyczki.

    Narietta strasznie mnie irytuje. Jest jeszcze gorsza niż Izabela Łęcka.

    Lubię jeden zabieg, który stosujesz. Nie wiem czy świadomie, ale jednak stosujesz. Poniekąd manipulujesz czytelnikiem i dajesz jakieś oficjalne informacje, ale jednak pozostawiasz lukę, dzięki której można myśleć, że prawda jest inna. Choćby w przypadku prawdziwej tożsamości Erika.

    Pozdrawiam,
    graf zer0.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście, że to wszystko jest świadomym zabiegiem, nie myśl sobie! =D Wiem, jakie uczucia chcę wzbudzić w czytelniku pisząc konkretne fragmenty i domyślam się, jakie będą reakcje na kolejne zachowania bohaterów. A jeśli do tego wszystkiego to mi się udaje, to czuję się wniebowzięta.

      Tak, przyznaję bez bicia - właściwie to zostało kilka rozdziałów "Smokobójcy" i rozwiązania zagadki morderstwa. Jakieś domysły? Chętnie poczytam wszelkie teorie w tym temacie =D

      Usuń
    2. Ja mam talent do tego, że coś wychodzi mi całkiem przypadkiem, zupełnie nieświadomie. Później zostaje to przez kogoś zauważone i docenione (lub też nie), a ja tylko udaję, że rzeczywiście miałem taki zamiar. :))

      Jakichś konkretnych domysłów to nie mam. Tak naprawdę to każdy dla każdego z bohaterów mógłbym znaleźć motyw zabójstwa. Dlatego w cierpliwości poczekam na rozwiązanie zagadki.

      Usuń
    3. Zazdroszczę takiego talentu. U mnie nic nie wychodzi przypadkiem i o wszystkim muszę myśleć zawczasu. Jak próbuję się zdać na przypadek, to zwykle nic z tego nie wychodzi ;)

      Usuń
    4. Przynajmniej wiesz, czego chcesz, co chcesz osiągnąć i tak dalej. A ja, przez braki w warsztacie, piszę jak mi pasuje. Ot, przelewam myśli na papier i jakoś to wychodzi.
      Arc, moja "beta" (dziwne słowo, jeśli chodzi o osobę, która sprawdza teksty), pewnie mnie ogarnie, gdy tylko wróci z urlopu.

      Jednak cały czas uważam, że ważniejsza jest fabuła niż wykonanie. Oczywiście ładne opisy i te pe jedynie pomagają, ale wolę się skupić na przedstawionej historii.
      Tak mam teraz z "Eragonem", którego po blisko dziesięciu latach sobie odświeżam, bo nigdy nie przeczytałem wszystkich części. Wykonanie przeciętne, sporo nielogiczności, ale wciąż jest swego rodzaju magia, która przyciągnęła mnie, gdy byłem dzieckiem. Nie ukrywam, że czasem lubię poczytać fantasy dla młodzieży. :)

      Usuń
    5. Wykonanie jest ważne, ale nawet najbardziej poetyckie opisy nie zastąpią tego "czegoś". Opowiadania są o czymś, muszą przedstawiać jakąś historię, żeby zaciekawiło czytelnika. Przynajmniej tak mi się wydaje.

      Usuń