wtorek, 9 sierpnia 2016

16. Artykuł

Nagłówek neustijskiego dziennika był bezlitośnie dobitny. Salar podrapał się w głowę, gdy zobaczył wydrukowane majuskułą pytanie. „Gdzie jest Biały Książę?" pytał główny artykuł dnia, siejąc ziarno zwątpienia w sercach każdego, kto trzymał stronę markiza Lejtona w wojnie rozrywającej Imperium. Oficjalnie mówiło się, że książę jest pod opieką wuja, ale artykuł podważał tę wersję na wielu płaszczyznach. Im bardziej stary detektyw wczytywał się w treść artykułu, tym bardziej nie mógł uwierzyć, że coś takiego zostało opublikowane w najpopularniejszym tytule prasowym przypadkiem. Mimowolnie posłał ukradkowe spojrzenie Lirowi, który siedział przy biurku naprzeciwko niego i czytał ten sam tekst.
– Nie patrz tak na mnie. To nie jest moja sprawka – burknął cicho młody policjant. Wyglądał nędznie. Po ostatnim spotkaniu ze smokobójcą, skończył ze złamanym nosem, który teraz był calutki w ciemnofioletowej barwie i miał bliżej nieokreślony kształt. Na jego policzkach rozlał się paskudny krwiak po obrażeniu, a ciemne oczy były czerwone i opuchnięte. To w połączeniu z jego codziennym, niechlujnym wyglądem dawało niemal przerysowany efekt, gdzie Lir wyglądał raczej na zapijaczonego kloszarda, niż stróża prawa. – Ja w takim artykule nie powołałbym się na twierdzenia żadnego z Kortajów. Wszyscy wiedzą, że to najwięksi stronnicy księżniczki Avy. Powiedzą wszystko, byleby jej się przypodobać.
Salar skinął głową. Jednym z filarów artykułu, który wątpił w prawdziwość człowieka przedstawianego jako książę Trezonu było twierdzenie hrabiego Nehema Kortaja. Polityk zajmujący się dyplomacją w imieniu księżniczki miał czelność stwierdzić, że „dziwnym jest by brat od lat odmawiał spotkania z siostrą i wolał rozlewać krew obywateli zamiast dążyć do pojednania". Anonimowy autor artykułu natomiast podał szereg cech, z których w młodości słynął nieznośny książę, a obecnie wydają się nie być już dla niego tak charakterystyczne. Począwszy od niewyparzonego języka, będącego przyczyną mało chwalebnego przydomku, na umiejętnościach szermierczych, dumie jego ojca, skończywszy. Całość spuentowano stwierdzeniem, że obecnie każdy Trezończyk podróżujący po cywilizowanym świecie w wieku około dwudziestu pięciu lat, charakteryzującego się barczystą sylwetką i ciemnoczerwonym kolorem włosów, może być tak naprawdę zaginionym księciem.
– To zwykła propaganda – mruknął Lir, odkładając gazetę na bok. – Błękitni próbują podważyć legalność działań Białego Markiza. Jeśli społeczeństwo uwierzy, że nie walczy on w imieniu ich księcia, wojna będzie skończona.
– Błękitni? – Salar nie krył zdziwienia. Biel i błękit były kolorami Imperium Trezonu. Ze względu na przydomek markiza Lejtona, stronnictwo nieznośnego księcia powszechnie nazywano „Białymi", ale nigdy nie słyszał, by ktokolwiek nazywał stronnictwo księżniczki drugim kolorem.
– Skoro książę jest „biały", to przeciwna mu księżniczka powinna być „błękitna", nie? Bez względu na to, czy ten kolor jej się podoba, czy nie.
Salar zamyślił się. Już dawno nie miał lekcji historii, z której nigdy nie był zbyt dobry, ale nawet on pamiętał dlaczego ze wszystkich państw cywilizowanego świata to właśnie imperium posiadało aż dwie narodowe barwy. Dawno temu, gdy nawet historia była jeszcze w powijakach, kolorem Trezonu był wyłącznie biały. Błękitny należał do Isarii, dawnej krainy leżącej na zachodnim krańcu cywilizowanego świata. Gdy Artem Żelazny podbił państwo, inkorporował jego barwy do swojego imperium. Na cześć jego zwycięstwa biały kolor stał się symbolem sukcesu i wiktorii, natomiast jasnoniebieski nieuchronnego upadku. Nic więc dziwnego, że księżniczka nie chciała utożsamiać się z tym drugim.
– Myślałem, że masz bardziej postępowe poglądy – zagaił podopiecznego Salar, uważnie przyglądając się, jak na twarzy Lira wykwitł koślawy uśmieszek.
– Bo mam – przyznał dumnie młody. – Naprawdę nie przeszkadzałoby mi w żadnym stopniu, gdyby moja matka, żona czy siostra miały prawo do głosowania czy podejmowania swoich decyzji. Powiem więcej: nie miałbym nic przeciwko, gdyby moją przełożoną była kobieta. Pod warunkiem, że naprawdę będzie się znała na swojej robocie.
Salar zmarszczył brwi. Pomysł, by pozwolić kobietom głosować był dla niego równie absurdalny co zmuszenie małych dzieci do całkowitej samodzielności. W ostatecznym rozrachunku przyniósł by więcej szkody niż pożytku i spowodował okropny chaos. Przecież niezainteresowane polityką panie nie są wystarczająco kompetentne by wybierać swoich przedstawicieli i prawdopodobnie wybierałyby kandydata z najlepiej ułożoną fryzurą albo skrojoną marynarką zamiast tego z odpowiednimi umiejętnościami.
– Ale tak naprawdę to wszystko jest bez znaczenia – ciągnął dalej Lir. – Księżniczka Ava zwyczajnie nie nadaje się do rządzenia i to fakt niezależny od jej płci. Ona jest zwyczajnie głupia i okrutna. Otacza się pochlebcami podsuniętymi jej przez męża, a każde podejrzenie zdrady skazuje z najwyższą surowością.
– Dziwisz jej się? W wyniku zamachu straciła zdrowie. – Właściwie to Salar zgadzał się ze swoim młodym protegowanym. Sam aż bał się pomyśleć, co przyszłoby tej kobiecie do głowy, gdyby nie była zajęta uprawianiem wojaczki przeciwko bratu. Myśl, że przez nią musiałby wysłać syna do walk o Zachodnie Góry nie napawała go optymizmem. Z drugiej jednak strony, panowanie Białego Markiza i jego księcia wcale nie gwarantowało pokoju Neustii z Imperium. Dlatego stary detektyw rad był, że imperium zajęte jest swoimi wewnętrznymi sprawami, zamiast łakomie spoglądać w kierunku sąsiednich państw.
– To nie był zamach, sama jest sobie winna. Gdyby posłuchała zdrowego rozsądku, nie pchałaby się z łapami do niewypału. – Chłopak pospiesznie złożył dziennik w pół i wetknął go pod pachę, gdy wstawał z miejsca. Najwyraźniej zrobi to zbyt gwałtownie, bo niemal natychmiast jak się podniósł, musiał podeprzeć się ręką o blat biurka.
– Wybierasz się gdzieś? – Stary detektyw przewrócił stronę, by zająć się bardziej przyjemną częścią prasy. Odkąd zajmował się sprawą Tremaine codziennie rano budziło go przerażenie, że to właśnie dzisiaj pismaki obsmarowały nieudolne kręcenie się w kółko policji w śledztwie.
– Zabroniłeś mi zająć się jakąkolwiek ciekawą sprawą, więc poza obowiązkami administracyjnymi nie mam nic do roboty. Pójdę więc odwiedzić swojego starego przyjaciela. – Sposób, w jaki Lir wypowiedział ostatnie słowa wywołały ciarki na plecach Salara. Detektyw wolał jednak nie dopytywać, kogo młody policjant miał na myśli. Dzięki słodkiej niewiedzy będzie mu lżej na duszy.
Gdy Lir wyszedł, Salar otworzył swój znoszony kajecik i zaczął przeglądać zrobione wcześniej notatki. W domu pana Tremaine w chwili popełnienia morderstwa przebywało sześć osób. To daje sześcioro świadków plus nieboszczyk. Na chwilę obecną przesłuchano zaledwie troje z nich, przy czym pan Veleno w ogóle nie chciał współpracować z wymiarem sprawiedliwości. Miał donieść wszystko, czego dowiedział się o Narietcie, ale okoliczności były raczej dla nich niefortunne i dotychczas nie było okazji by porozmawiać z nim na osobności. Pomijając już wszystkie dodatkowe komplikacje.
Detektyw skupił się, przypominając sobie osobliwość gabinetu. Pokój był pozbawiony komina i można było wejść do niego wyłącznie przez proste drzwi wychodzące na korytarz. Oczywiście za biurkiem znajdowało się okno, ale panujący w pokoju zaduch wskazywał na to, że od dawna nie było używane. Dlatego też Salar wykluczał interwencję z zewnątrz. Meble nie były jakoś szczególnie imponujące i detektyw nie pamiętał nic dziwnego, albo szczególnie podejrzanego. Ułożenie ciała denata według koronera również nie było nietypowe przy tego rodzaju morderstwie. Dodatkowo lekarz stwierdził, że ofiara musiała znać swojego mordercę – to zawężało śledztwo Salara do sześciu osób, które były wtedy w domu.
Pamiętał doskonale, że gabinet był okropnie zakurzony. Pokojówki musiały nie wywiązywać się należycie ze swoich obowiązków, skoro pozwoliły sobie na takie zapuszczenie. Naraz po tej niepochlebnej myśli Salar wspomniał zeznanie Revy, która wyraźnie zaznaczyła, że nikomu nie można było wchodzić do gabinetu i sprzątać w nim, wyjąwszy panny Tremaine. Skoro tak, to właśnie ona powinna znaleźć ciało i podnieść alarm. Dlaczego więc zrobiła to druga pokojówka? Czemu akurat ona wtedy weszła do gabinetu, chociaż nie powinna?
Detektyw zmarszczył brwi, zastanawiając się nad tym problemem. Czyżby Reva miała rację, twierdząc, że to druga służąca mogła być przyczyną całego zamieszania? Zrobiła to, gdy wierny ich umowie Tremaine odmówił udzielenia pożyczki?
– Panie detektywie? – Głos jednego z szeregowych policjantów wyrwał Salara z zamyślenia. Mężczyzna podniósł wzrok znad swoich notatek na współpracownika, który dyszał ciężko i był cały spocony. – Ta pokojówka, co to chciał ją pan dzisiaj przesłuchać... – Stróż prawa ledwie łapał oddech. – Nie żyje.
Potok myśli zalał umysł Salara. Chociaż miał doświadczenie w tak przykrych sprawach, za każdym razem kolejne śmierci następujące po pierwszej były dla niego przykrą niespodzianką. Taką też był zgon pokojówki Loty, której zeznania mogły przecież wspaniale rozświetlić tę sprawę.
– W jaki sposób? – zapytał krótko detektyw, pocierając palcami skronie.
– Popełniła samobójstwo. Powiesiła się na fartuchu we własnym domu. – Odpowiedź zaskoczyła starego śledczego. Samobójstwo jakoś nie pasowało mu do tej sprawy... Chyba, że to ona była winna, a wyrzuty sumienia nie pozwoliły jej normalnie żyć. Kronika policyjna znała już takie przypadki. Wbrew pozorom popełnienie morderstwa jest bardzo trudne. Niewielu ludzi na świecie jest zdolnych do tego. A po wszystkim trzeba jeszcze jakoś funkcjonować.
Detektyw westchnął ciężko. Będzie musiał teraz zbadać miejsce drugiej śmierci i wcale nie cieszyła go ta myśl. Właściwie to zatęsknił za badaniem tłuczonych przez emancypantki witryn.

Erik nie mógł powstrzymać dziwnego wrażenia, że każdy przechodzień spogląda na niego ze szczególną ciekawością. Przeklęty artykuł! Chociaż ukrył ciemnoczerwone włosy pod kaszkietem i starał się wyglądać tak zwyczajnie, jak tylko potrafił, właściwie czuł na sobie uważne spojrzenia Neustijczyków. Czy już zdążyli się zorientować kim jest i w czyim towarzystwie spędził ostatnią noc?
Kretyn! Wsiadłszy do samochodu, uderzył głową o kierownicę. Spokojny poranny gwar przerwał ryk klaksonu, ale Erik nie zwrócił na to uwagi. Zaaferowany, jeszcze raz spojrzał na pierwszy artykuł dziennika, panicznie szukając w nim zmianki o smokach albo morderstwie. Na całe szczęście nic się nie zmieniło i ciągle była to zwykła opinia jakiegoś anonimowego pismaka, a nie demaskowanie całej mistyfikacji. Trezończyk pospiesznie uruchomił silnik automobilu, chcąc jak najszybciej odjechać spod Hotelu Monkijskiego. Jeśli kręcą się tutaj jacyś bliscy doradcy Avy albo wuja Lijama, lepiej byłoby, żeby nie zobaczyli go w czasie śniadania. A już zwłaszcza w towarzystwie Nari.
Idiota! Smokobójca rozmasował zdrętwiały kark, kierując się do swojego hotelu. Pozycja, w której leżał nie należała do najwygodniejszych z perspektywy czasu. Nari tak bardzo przylgnęła do jego piersi, że bał się chociażby drgnąć, gdy na nim spała. Dopiero kilka godzin później przekręciła się na drugi bok, pozwalając Erikowi na ciche wymknięcie się z jej sypialni.
Zajeżdżając na miejsce, był już niemal pewny, że nie powinien był jej tego robić żadnej z tych rzeczy, które zrobił. Podczas gdy ona była naiwna i głupiutka, więc mogła pozwolić sobie na chwilę słabości, on powinien myśleć bardziej trzeźwo. Już raz uświadomił sobie, że w obecnej sytuacji nie mają szans na wspólne szczęśliwe zakończenie, więc dlaczego uległ jej niemej prośbie? Oczywiście doskonale znał odpowiedź na to głupie pytanie. Nie był pieprzonym eunuchem i jeśli dziewczyna o jej urodzie pozwoliła mu na to wszystko, szaleństwem byłoby nieskorzystanie z szansy. Erik już właściwie nie pamiętał, jak to jest być z partnerką, która nie wymaga uiszczenia stosownej opłaty po wszystkim.
– Stary przyjacielu! – Stanął jak wryty przed drzwiami do swojego pokoju. Czy ten typek nigdy się nie poddaje? Ściskając w ręku butelkę pełną bursztynowego płynu, Lir najzwyczajniej w świecie szedł w jego stronę. Jego parszywa gęba była wykrzywiona w cynicznym uśmiechu. – Czekałem na ciebie cały ranek!
Początkowo Erik nie rozumiał, dlaczego ten łajdak organizuję scenę, jakby co najmniej przyjaźnili się ze sobą od lat. Dopiero po chwili zorientował się, że celem policjanta jest zwrócenie na nich spojrzeń wszystkich ludzi kręcących się po hotelu. Począwszy od sprzątaczki, na zabieganym jegomościu z Hagr skończywszy. Sprytnie to sobie wymyślił. Chcąc, nie chcąc, by uniknąć ciekawości skupionej na sobie, musiał zatańczyć tak, jak zagrał mu Lir.
– Widzę, że udało ci się wkraść w łaski tej uroczej blondynki... – Zgrzytnąwszy zębami, Erik pozwolił policjantowi wejść do wynajmowanego przez siebie pokoju.
– W co ty grasz? – burknął wściekle, mając szczerą ochotę po raz drugi zmazać ten zarozumiały uśmieszek. Czując się jak u siebie, młody detektyw rozsiadł się na zaścielonym łóżku, stawiając swoją butelkę na podłodze.
– No co? Przecież widzę ślady szminki na twojej koszuli. Nie trzeba być geniuszem, żeby zgadnąć, że to Tremaine je zostawiła. – Mimowolnie Trezończyk zakrył dłonią karminowe plamy na swojej piersi. – Poza tym chciałem zobaczyć twoją minę. Mniemam, że zdążyłeś zapoznać się z najnowszymi wieściami?
Lir pokręcił głową z dezaprobatą, widząc jak Erik uparcie milczy. Spojrzenie smokobójcy nie zdradzało żadnej emocji.
– Człowieku, co ci zależy? – prychnął, trącając nogą butelkę. – Powiedzenie prawdy nie może być tak trudne.
– Powiedziałem ci już wszystko, co miałem do powiedzenia. Teraz spieprzaj nim ci kark skręcę! – Niewydarzony ryj policjancika naprawdę wzbudzał w Eriku chęć mordu.
– Czy kiedykolwiek pomyliłem się co do ciebie? – Zamorduje drania, jeśli nie zostawi go w spokoju. – Przyznaję, przeceniłem intelekt i udział Tremaine w morderstwie starego, ale czy pomyliłem się co do ciebie? Jesteś trezońskim księciem, prawda? W innym przypadku nie przejmowałbyś się aż tak tym, co mówię. Ba! Traktowałbyś to porównanie raczej jako komplement.
Erik uparcie milczał. Ostatnia uwaga była bardzo celna. Nie powinien dać się sprowokować, cokolwiek ten gnojek powie.
Pokój wynajmowany przez smokobójcę nie był szczególnie luksusowy. Właściwie można było go nazwać kwadratową celą, w którym dominowało proste łóżko z metalową ramą zaścielone jasną pościelą. W kącie tuż obok okna umiejscowiono umywalkę z lustrem, a w centrum stał niewielki stół na prostych nogach i jedno krzesło, które obecnie zajął Erik. Byle nie dać się sprowokować.
– Nie martw się, to nie twoja wina. To zwyczajny pech. Pech chciał, że spotkałeś Tremaine. Że zamordowali jej dziadka akurat gdy ty byłeś obecny w jej domu. Że to ja zająłem się tą sprawą. Że tak bardzo jesteś podobny do swojego ojca.
– Niesamowite... Nagle przynajmniej połowa Neustijczyków świetnie znała się z imperatorem Trezonu. – Komentarz wywołał uśmiech na sinej twarzy Lira. Nie wymuszony, czy cyniczny, a najzwyczajniej szczery. Na tyle, by policjant odważył się podwinąć rękaw swojego powyciąganego swetra. Przez chwilę przyglądał się wewnętrznej stronie swojego lewego nadgarstka, ale chwilę później ponownie zasłonił swoje ręce. W końcu sięgnął po butelkę, którą przyniósł. Leniwie odkręcił ją, a w pokoju rozległ się silny, korzenny zapach. Erik wstrzymał oddech, poznając aromat alkoholu. Lir przyniósł płynne złoto.
W zależności od destylarni, z której pochodzi, płynne złoto, a właściwie jego podróbka, mogła mieć kolor od jasnobrązowego, przypominającego kolor jęczmiennego piwa po ciemny, bursztynowy. Najlepsze w smaku miały niemalże złotą barwę, czemu alkohol zawdzięczał swoją nazwę, a tajemnica jej otrzymywania była ściśle strzeżona przez ekscentrycznych spadkobierców Isarczyków, którzy ani myśleli dzielić się swoimi sekretami ze światem. Przez to nawet Erik mógł spróbować tego nektaru zaledwie kilka razy w życiu. Dla reszty świata pozostawały mniej lub bardziej udane podróbki płynnego złota.
– Czy mi się wydaje, czy właśnie minął kwadrans rozmowy, a my nie dość, że nie podnieśliśmy na siebie głosu, to jeszcze nawet nie oberwałem w twarz? – Lir wziął głęboki haust alkoholu, a następnie postawił otwartą butelkę przed gospodarzem.
– Nie uderzę cię, jeśli nie próbujesz mnie głupio sprowokować – odpowiedział mu Erik. Przez moment zawahał się, ale przyjemność picia smacznego alkoholu zwyciężyła. Rękawem wytarł otwór butelki, po czym napił się płynnego złota. Alkohol miał słodki posmak pomarańczy, cynamonu z ostrą nutą imbiru, a przyjemne ciepło rozlało się po gardle smokobójcy. Chociaż napój był smaczny, Trezończyk skrzywił się, odstawiając butelkę na stół. – Takimi szczynami próbujesz wkupić się w łaski księcia?
To prawdopodobnie był pierwszy raz, gdy to Lir zaniemówił w obecności Erika. Przez chwilę uważnie patrzył na niego, szeroko otwartymi oczami, rozdziawiając usta ze zdziwienia. Po czym natychmiast przywrócił się do porządku, a jego pokiereszowaną twarz znowu szpecił sardoniczny uśmiech.
– Wiedziałem! – mruknął, siadając na łóżku. – Ale jeśli faktycznie jesteś księciem, to co tutaj robisz? Dlaczego Biały Markiz uzurpuje władzę w twoim imieniu? Kiedy i dlaczego nawiałeś? No i ten cały zawód smokobójcy?
– Najpierw ty mi powiedz, skąd znasz mojego ojca! – Erik wziął jeszcze jeden łyk alkoholu, przeczuwając, że ten dzień będzie długi i pełen niespodzianek.
Lir nie odpowiedział od razu na zadane pytanie. Zgarbił się i sapnął ciężko, nie mogąc oddychać przez złamany nos. To splatał ze sobą palce, to znów zaciskał dłonie w pięści. Walczył sam ze sobą.
– Każdy z takich jak ja zna imperatora Artema – rzekł w końcu brunet, prostując się na łóżku. Prawą dłonią obejmował swój lewy nadgarstek i chociaż to było wszystko, co powiedział, dla Erika wszystko stało się jasne. Od samego początku nie chodziło o jakiś ukryty żal wobec Nari czy inne przyziemne motywy, które sprawiały, że akurat w tej sprawie był nadzwyczajnie gorliwy. 
Ten policjant, chociaż bez wątpienia bardzo inteligentny, nie miał najmniejszych zdolności interpersonalnych. Nie wiedział kiedy może mówić, a kiedy lepiej będzie się zamknąć. Już w pierwszych chwilach musiał poznać smokobójcę, który faktycznie był podobny do swojego ojca. Początkowo musiał założyć, że Nari jest nadzwyczajnie ambitną łowczynią tytułów i na tej podstawie wyciągnął błędne wnioski. Do tego użył wyrażenia „tacy jak ja". Erik domyślał się, że ma do czynienia jednym ze sztucznych ludzi, tych samych, których uwolnił jego ojciec. 


2 komentarze:

  1. Hejka, to znowu ja.

    Biel zawsze kojarzyła mi się bardziej z czystością/niewinnością albo z poddaniem się. Ale żeby biały był symbolem zwycięstwa? Mocno alternatywne to Twoje uniwersum. : )

    Coś w tym jest. Podczas rekrutacji/rozmów z rekruterami, mężczyźni większą wagę przywiązują do umiejętności/doświadczenia, a kobiety często patrzą także na wygląd. I dochodzi do kuriozalnych sytuacji, że nie polecają bardzo dobrego programisty/logistyka/kogokolwiek, bo ten według nich źle się ubiera albo jest po prostu brzydki. A i tak powszechna jest opinia, że to mężczyźni są wzrokowcami.

    Czasem wciąż robisz ten błąd z pomieszaniem czasów, że najpierw przeszły, potem przez chwilę teraźniejszy i znów przeszły.

    Fajne dwa zwroty akcji, szczególnie ten z Lirem. Można śmiało stwierdzić: "jaki to świat jest mały".

    Pozdrawiam,
    graf zer0.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Symbolika i sposób odczytywania konkretnych znaków zawsze zależy od kontekstu kulturowego oraz historycznego. Dlatego skoro kolorem Trezonu jest biel (bo to w dużej mierze zimna i śnieżna kraina jest), to jako niekwestionowany hegemon cywilizowanego świata musi kojarzyć się z czymś imponującym ;)

      Tak, kobiety i mężczyźni różnią się w postrzeganiu świata (jest to prawda stara jak świat), ale akurat w przypadku tego opowiadania oraz do problemu rządzenia imperium nie podchodziłabym aż tak ogólnie. Moim zamysłem jest przedstawienie, że niektórzy ludzie w ogóle do rządzenia się nie nadają i w zasadzie nie ma to żadnego związku z płcią pretendenta.

      Usuń