piątek, 1 lipca 2016

12. Skandal

Wychowana w dobrobycie Nari, nie miała w sobie nic ze skąpiradła. Wręcz przeciwnie, była bardzo szczodra i chociaż Erik na ogół traktował ją bardzo szorstko, z jakiegoś niezrozumiałego powodu pozwoliła mu zostać na kolacji. Zaszyli się zaciszu apartamentowej jadalni, by wspólnie i w spokoju mogli raczyć się świeżutkimi ostrygami wyłożonymi na srebrnej tacy z lodem, pieczonymi w maśle mulami, sałatką z krewetkami i jogurtowym sosem oraz wybornym łososiem upieczonym w egzotycznych owocach. Na wyraźne życzenie Erika przyniesiono też dwie butelki słodkiego czerwonego wina, chociaż kelner proponował raczej jakieś mdłe ormińskie pomyje.

Smokobójca sięgnął po jedną z ostryg. Z wprawą godną prawdziwego amatora owoców morza otworzył muszlę niewielkim, przeznaczonym do tego nożykiem. Następnie odkroił mięczaka od spodu muszli, skropił z sokiem z cytryny i połknął z cichym siorbnięciem.
– Dobrze, skoro na pewno nie zabiłem ja i prawdopodobnie nie zabiłaś, ty to musiał być ktoś z twojej dawnej służby – oświadczył w końcu pewnie, przyglądając się, jak Nari beznamiętnie grzebie srebrnym widelcem w swojej porcji łososia. Zjadła zaledwie niewielki kawałek, tak mały, że nawet ptaszyna by się tym nie najadła.
– Ja też z całą pewnością tego nie zrobiłam – odpowiedziała cicho, odkładając sztuciec na lakierowany blat okrągłego stołu. – I nie wierzę, żeby zrobił to ktoś od nas! Ja znam tych ludzi, nikt nie byłby zdolny do czegoś tak strasznego!
– To uwierz. – Erik pozostawał niewzruszony. – Twój dziadek padł trupem i to jest fakt. Samobójstwo jest w tym przypadku wykluczone, więc ktoś musiał to zrobić, a skoro nie było to żadne z nas, musiał to zrobić ktoś z nich. – Wyraźnie było widać, jak kolejne zdania coraz bardziej złoszczą Nariettę.
– Wychowałam się wśród nich i wiem, że nikt by tego nie zrobił! Dziadek zawsze był dla nich dobry! Pracowali u niego tyle lat, że są prawie jak rodzina!
– Może dla ciebie – wytknął bezlitośnie smokobójca, ale Nari nie chciała tego słuchać. – Ty dla nich zawsze będziesz tylko workiem pieniędzy.
– Nie wiesz jak było w naszym domu!
– Osobista służba zrobi wszystko, jeśli tylko zwietrzy dobry interes! Mogli nawet zamordować twojego dziadka, jeśli tylko otrzymali za to zapłatę! – Nie ustępował, chociaż sam nie wiedział dlaczego tak bardzo zależy mu na przekonaniu jej do swojej racji. Czyżby ta stara rana znowu zaczęła się jątrzyć?
– Co taki zwyczajny smokobójca może wiedzieć o osobistej służbie? – wypaliła nagle Nari. Pytanie zostało zadane w punkt. Erik nigdy nie sądził, że po tylu latach ta stara drzazga wciąż będzie tak mocno go uwierać. Powinien lepiej znać swoje miejsce na świecie, ale jednocześnie nie mógł pozwolić, by ostatnie słowo należało do kogokolwiek poza nim.
– Po prostu znam się na ludziach. – Łyk wina ani trochę nie osłodził gorzkich słów. – Ludzie ze swojej natury są parszywi i interesowni. Zdradzą cię, jak tylko im zaufasz, a później okażesz odrobinę słabości. A ty masz ich mnóstwo. – Wygodnie rozłożył się na obitym atłasem krześle.
– To, że jestem miła i czasami płaczę, nie znaczy, że jestem słaba.
– Tylko czasami? – Erik podniósł brew. – Płaczesz prawie zawsze, gdy się widzimy. – Dziewczyna z głośnym trzaśnięciem odłożyła sztućce na lakierowany stół.
– Ciekawe dlaczego?– zarzuciła wściekle. – Jesteś najbardziej nieznośnym, pozbawionym wszelkiej empatii i zapatrzonym w siebie człowiekiem, jakiego w życiu spotkałam!
Wcale nie był zapatrzony w siebie! Przecież ostatecznie nie zrobił jej niczego, chociaż mógł po tym, jak rąbnęła jego pieniądze. Przecież uratował ją od smoka, odwiózł do domu, a później jeszcze został z nią, gdy była zbyt mocno oszołomiona morderstwem. Był uosobieniem wszelkich cnót rycerskości!
– Ty za to jesteś przewrażliwiona – próbował obronić sam siebie Erik. – Zachowujesz się, jakby spotkała cię niewiadomo jak wielka krzywda z mojej strony!
– Dotknąłeś mnie w sposób, w jaki sobie nie życzyłam! – Mina natychmiast mu zrzedła. – I dobrze widziałam, jak patrzyłeś na mnie, gdy byłam naga! Nie masz pojęcia jakie to było upokarzające!
Chociaż solennie obiecywał sobie, że dobrze zapamięta każdy skrawek jej posągowo pięknego ciała, samo wspomnienie z jaskini było już zatarte. Jakby tamte wydarzenia miały miejsce o wiele dawniej, niż wynikałoby to z kalendarza. To jednak cały czas nie zmieniało faktu, że nie do końca rozumiał o co jej chodziło. Nie była pierwszą nagą kobietą, którą widział w swoim życiu, ani tym bardziej nie ostatnią. A przecież wtedy był przekonany, że gdzieś w okolicy czai się ogromny smok! Nie mógł zasłonić sobie oczu tylko ze względu na jej wstyd. Tak, złapał ją za cycka i tak, to było naganne zachowanie z jego strony, ale przecież ona sama doprowadziła go do takiej furii. Wielkie rzeczy.
Naraz przypomniał sobie, jak nad ranem jeden ze współwięźniów zrobił to samo jemu. Jak nieswojo się czuł od tamtego czasu. Z tym, że w przeciwieństwie do Nari był silny i potrafił obronić sam siebie. Ona tego komfortu nie miała. Nie stawiłaby wystarczająco silnego oporu, gdyby, dajmy na to, zechciał teraz zedrzeć z niej sukienkę i wziąć ją sobie, tu i teraz, na stole.
– Znoszę to tylko dlatego, że wiem, ile dla mnie zrobiłeś. I naprawdę, jestem ci za to bardzo wdzięczna, ale już dłużej tego nie wytrzymam – zakończyła swoją tyradę.
Powinien ją za to przeprosić. Tak nakazywało dobre wychowanie, a bez tego nie oczyszczą atmosfery między sobą. Niestety słowa „przepraszam, przesadziłem" w ogóle nie chciały przejść mu przez gardło. Nigdy, w całym swoim życiu, jeszcze nikogo nie przeprosił, dlatego jedyne na co się zdobył, to krótkie polecenie.
– Wybacz mi – mruknął cicho, czując jak każda głoska tkwi w jego krtani niczym połknięta, gruba ość.
Nari nie zdążyła zareagować, bo do jadalni apartamentu wpadła pokojówka Szela. Swoją kłótnią z pewnością dostarczyli jej mnóstwo materiału do rozsiewania plotek, co zdradzały jej zarumienione policzki Pospiesznie zaanonsowała przybycie państwa Tremaine, a zaraz po jej komunikacie weszła księżniczka Doti z poczciwym uśmiechem na twarzy.
Erik zdążył zorientować się, że szwagierka Nari pochodzi z arystokratycznej rodziny Larskich. Mogli się poszczycić długim i wspaniałym drzewem genealogicznym, chociaż przez kilka nietrafionych inwestycji główny trzon rodu bardzo zubożał w ciągu ostatnich lat. Nic więc dziwnego, że pozwolono wżenić się w nich takiemu parweniuszowi bez tytułu jak Ian Tremaine.
– Nie spodziewałam się zobaczyć tu pana, panie smokobójco – zaświergotała na wstępie Doti, ubrana dzisiaj w miękką, różową sukienkę. Wyglądała bardzo dobrze, jakby w ogóle nie nosiła w sobie żałoby. – Wdzięki naszej łajzy jak zwykle okazują się niezawodne.
Jedno z wolnych krzeseł zaskrzypiało, gdy zajęła je brunetka, usadawiając się idealnie między Erikiem, a Nari. Przez krótką chwilę bacznie przyglądała się smokobójcy.
– Czy my aby na pewno nigdy wcześniej się nie widzieliśmy? – zaczęła rozmowę, zakładając nogę na nogę. – Naprawdę mogłabym przysiąc, że już gdzieś pana widziałam. Pan jest Trezończykiem, prawda? Poznałam po pańskim akcencie...
– Przecież Erik nie ma żadnego akcentu – wtrąciła Nari, ale arystokratka protekcjonalnie machnęła na nią ręką.
– Jest bardzo subtelny, przyznaję. Ktoś nieosłuchany w trezońskim może go w ogóle nie poznać, ale ja spędziłam mnóstwo czasu goszcząc u markiza Lejtona. – trajkotała w najlepsze Doti, w ogóle nie przejmując się wściekłym spojrzeniem szwagierki. – Byłam nawet w pałacu i zostałam przedstawiona staremu imperatorowi.
– To bardzo wielki zaszczyt – bąknął Erik. Zaschło mu w gardle, więc wziął całkiem spory łyk wina. Ta rozmowa schodziła na jakiś dziwny kierunek. Nagle Doti pstryknęła palcami i wskazała na smokobójcę.
– Już wiem kogo mi pan przypomina! Imperator Artem mógł pochwalić się równie intensywnym kolorem włosów. Myślę, że jest pan do niego całkiem podobny. Nieznośny Książę mógłby się poczuć urażony tym niewątpliwym podobieństwem. Nie chcę pana obrażać, ale na pana miejscu dokładnie przyjrzałabym się swojemu drzewu genealogicznemu. Jeszcze się okaże, że mamy tutaj więcej jak jednego bękarta...
Doti zaśmiała się, jakby opowiedziała właśnie świetny dowcip, a Nari zerwała się z miejsca. Bez słowa wyszła z jadalni, głośno trzaskając za sobą drzwiami. Erik za to zastanawiał się, jak mógł kiedykolwiek nazwać księżniczkę z Larskich sympatyczną. Była przecież ucieleśnieniem wszystkiego, co najgorsze w arystokracji. Bezczelna, przekonana o swojej wyższości nad innymi, nie zastanawiała się w ogóle nad własnymi słowami, które przecież krzywdziły.
– Nie rozumiem, do czego pani dąży – odezwał się lodowato do rozmówczyni.
– Och, to pan nie wie? – Księżniczka teatralnie zasłoniła sobie usta, a w jej jasnych oczach błyszczały chytre ogniki. Chociaż mogła twierdzić co innego, wyraźnie było widać, że jest zadowolona z takiego obrotu sprawy. – Zdaje się, że chlapnęłam okropny nietakt, mówiąc o tym tak otwarcie. Wydawało mi się, że jest pan znacznie bliżej z naszą łajzą i już wszystko mu o tym wiadomo. Słyszał pan może o aferze florieńskiej? Nari jest jej owocem.
Oczywiście, że tak. Każdy słyszał o tym, jak neustijski następca tronu ponad dwadzieścia lat temu zakochał się bez pamięci w swojej faworycie. Do tego stopnia, że przed gniewem króla uciekł z nią na południowy zachód i skrył się w swoim prywatnym zamku Florien, gdzie spędził ze swoją kochanką kilkanaście miesięcy. Ani król, ani królewicz nie chcieli ustąpić, dlatego gdy nie pomogły negocjacje, kochankowie popełnili wspólne samobójstwo. Erik słyszał wersję plotek, które mówiły, że faworyta królewicza mogła być w ciąży, gdy wpakowała sobie nabój w głowę, ale nigdy nie sądził, że mogła zdążyć urodzić.
Afera florieńska mocno wstrząsnęła Neustią. Wcześniej, taki skandal obyczajowy był nie do wyobrażenia dla porządnych obywateli, o arystokracji nawet nie wspominając. Szok byłby może i mniejszy, gdyby wybranką królewicza, była jakaś naiwna dziewczynka z mało znaczącej rodziny, jednak jego faworytą została znana monkijska prostytutka. Nawet w domu Erika często wspominano o tym wydarzeniu, jako ogromnej głupocie. Władcy cywilizowanego świata muszą pamiętać, że gdy przyjdzie odpowiedni czas, tron upomni się o ich życie. Rządzenie państwem to nie prawo, a obowiązek.
– Okropnie pan umilkł, czy wszystko w porządku?
– Tak, po prostu jestem w ciężkim szoku. – Erik samodzielnie wykończył butelkę czerwonego hagryjskiego. – Nie spodziewałem się, że za Nari stoi tak... Interesująca historia.
Myślami Erik wrócił do punktu wyjścia. Czy to dlatego została porwana? Była solą w oku kogoś z rodziny królewskiej i postanowiono jej się pozbyć przy pomocy smoka? Nie, to bez sensu. Można było ją załatwić na wiele innych, bardziej pewnych i skutecznych sposobów. Poza tym co w tym wszystkim robiła rodzina Tremaine? Dlaczego akurat oni zaadoptowali Nari? Salar w życiu mu nie uwierzy, gdy dowie się o tych rewelacjach.
– Prawda? – Wężowy uśmiech zagościł na twarzy kobiety. – Swoją drogą, czy ma pan wolny jutrzejszy wieczór? Idziemy do opery na „Szczęśliwą nimfę", a łajza jak zwykle chce odgrywać rolę wielkiej cierpiętnicy. Sama najchętniej zostawiłabym ją w spokoju, niech sobie gnije w samotności – skrzywiła się lekko – ale Ian uparł się, żeby ją z nami zabrać.
– Nie mam fraka – oświadczył smokobójca tonem mającym tłumaczyć wszystko. Oczywiście, brak pełnego stroju formalnego skutecznie uniemożliwiał mu przekroczenie progu opery, choćby był nawet hrabią. Z drugiej strony sam nie przepadał za operami, a „Szczęśliwa nimfa" należała do tych najnudniejszych i najbardziej zmanierowanych, jakie w życiu widział.
– Znam krawca, który zrobi go panu na miarę w jedną noc, jeśli go ładnie poproszę. Niech pan się zgodzi. To może być pańska jedyna okazja w życiu zobaczyć spektakl w Wielkiej Operze.
Erik dobrze wiedział, jak niewiele brakowało, by rzekł o jedno słowo za dużo. Powinien, jak dorosły człowiek puścić przytyk mimo uszu, ewentualnie odgryźć się złośliwością skierowaną ad personam. Mimo tego, zaczął z całą swoją świadomością stąpać po cienkim lodzie i nonszalancko odpowiedział:
– To prawda, ale słyszałem, że neustijska opera jest znacznie uboższa od naszej, trezońskiej. – Mina Doti natychmiast zrzedła, co nieudolnie próbowała zamaskować.
– Wy, trezończycy, stawiacie przepych ponad zdrowy rozsądek – oświadczyła, ostrożnie mieląc w ustach każde słowo. Jeśli spojrzenie mogło dźgać, to Erik z pewnością już dawno padłby od kilkudziesięciu ciosów. – Ponieważ Imperium zajmuje jedną ósmą wszystkich lądów i niemal połowę cywilizowanego świata brakuje wam umiaru. Jesteście zbyt bogaci, by zrozumieć cnotę skromności.
– Zachowawczość nie jest cnotą – Erik okręcił w palcach pusty kieliszek. Wino zaczynało przyjemnie szumieć w uszach. – Czyż nie jest zdrowiej dać upust emocjom, zamiast kryć je pod fałdą zdrowego rozsądku?
– Jak nasza wiecznie becząca łajza? Tak, to rzeczywiście zdrowe – syknęła Doti. – Wie pan... Jest pan bardzo ciekawym smokobójcą. Nigdy nie spotkałam żadnego, który tak chwaliłby frenezję.
– A wolno mi zapytać ilu smokobójców wcześniej pani spotkała?
– Myślę, że to czas najwyższy, by poszedł pan sprawdzić co się dzieje z łajzą. W końcu ktoś musi uratować nieszczęsną sierotkę ze szponów wyrodnej rodziny, prawda? – Próba spławienia była bezczelna, ale Erik nie miał najmniejszej ochoty brać udziału w kolejnej sprzeczce. Możliwe, że rzeczywiście, najlepszym określeniem jego charakteru było słowo „nieznośny". Gdy był dzieckiem często je słyszał za swoimi plecami, ale wydawało mu się, że wyrósł z tego. Widocznie nie do końca.
Bez pożegnania z księżniczką Doti wyszedł z jadalni, prosto do zastawionego meblami salonu. Niemal natychmiast wpadł na ciężką komodę wyciągniętą prosto z gabinetu pana Tremaine, która z głośnym jękiem przesunęła się o kilka cali. Erika aż skręciło, gdy pomyślał o bladym trupie starca z poderżniętym gardłem.
Ciekawe jakim był człowiekiem? Nari wspomina go bardzo dobrze, ale pewnie i za jego życia myślała o nim jak najlepiej. Jeśli rzeczywiście jej narodziny były związane z największym skandalem obyczajowym ostatnich lat w towarzystwie była z góry na przegranej pozycji. Nawet jeśli w jej żyłach płynęła błękitna krew, pozostawało to bez znaczenia, jeśli nie została zaakceptowana przez rodzinę królewską. Wręcz przeciwnie – musiała żyć z wiecznym piętnem bękarta. Dlaczego rodzina Tremaine miałaby zaadoptować akurat kogoś takiego? Takim zachowaniem skutecznie uniemożliwili sobie nobilitację przynajmniej na kilka pokoleń.
– Panie Veleno? – Z sypialni wyszedł Ian. Był korpulentnym człowiekiem prawie dorównującym wzrostem Erikowi i nieco starszym od niego. Ubrany w modny, ciemnoszary stroller prezentował się dokładnie tak, jak powinien dobrze sytuowany człowiek z klasą. – Po raz kolejny spotykam pana w towarzystwie mojej siostry.
– Przyniosłem jej bukiet na poprawę humoru – przyznał bez ogródek smokobójca, a bankier słysząc taką odpowiedź, podniósł brwi. – Niech mnie pan źle nie zrozumie. Nari jest piękna i dobra, ale zdaję sobie sprawę, że nie powinienem walczyć o jej względy.
– Cieszy mnie pańska świadomość tego faktu. – Głowa Iana przypominała wielkie, czerwone jajko. Mężczyzna miał rzadkie, krótko obcięte włosy w płowym kolorze, ogromne uszy i nalaną twarz. Wyglądał jakby w ogóle nie miał szyi. Na pewno musiał zamawiać specjalnie szyte koszule. – Niestety ona wydaje się nie podzielać tego myślenia, więc dla wszystkich będzie lepiej, jeśli utnie pan wszelkie kontakty z nią.
– A jeśli tego nie zrobię czeka mnie loch czy banda rabusiów? – zakpił Erik, poprawiając poły swojej marynarki. – Z całym szacunkiem, ale to czy będę się z nią spotykał zależy wyłącznie od mojej i jej woli. Przecież nie zamkniecie jej w wieży z kości słoniowej?
– Niech pan nie zgrywa rycerza ze starych eposów... – Twarz Iana, o ile to w ogóle możliwe, zrobiła się jeszcze bardziej czerwona.
– Księcia – poprawił smokobójca, nim zdołał ugryźć się w język. Zdecydowanie powinien spokornieć. – Jeśli już mam być postacią z baśni to chcę być księciem, który na samym końcu żeni się z księżniczką.
Bezczelny! – mruknął oburzony Tremaine. Nie robiąc sobie nic z jego oburzenia, Erik ruszył w kierunku sypialni Nari. W drzwiach minął się z rudą pokojówką, która na jego widok uśmiechnęła się wymownie.
Sypialnia była utrzymana w starym, buduarowym stylu. Ciężkie, atłasowe zasłony w kolorze bordo i ściany pokryte szarą tapetą współgrały ze sobą w nietypowym połączeniu. Poza pościelonym łóżkiem z baldachimem i stolikiem nocnym znajdował się w niej sekretarzyk z krzesłem, ustawiony tuż przy oknie oraz bieliźniarka. W kącie, tuż przy wejściu do garderoby stał elegancki beżowy kufer ze złotymi okuciami.
Nari wyszła z garderoby, trzymając w ręku coś ze złotego brokatu, który mienił się w sztucznym świetle pokoju. Na widok Erika ubranie wypadło jej z rąk.
– Co tutaj jeszcze robisz? – Jak drżały jej ręce! Wzrok miała skupiony gdzieś ponad lewe ramię smokobójcy.
– Chciałem zobaczyć jak się czujesz.
– A jak ci się wydaje?! – Niezdarnie zebrała rzecz z podłogi, która jeszcze kilka razy wymsknęła jej się z rąk. Z trudem opanowywała trzęsące się kończyny, ale w końcu udało się. Ze złością rzuciła ubranie na łóżko. Przez moment Nari stała w miejscu, postępując z nogi na nogę, aż w końcu zebrała się w sobie. – Przepraszam... Nie powinnam się tak unosić.
– Nie musisz mnie przepraszać. Chyba na to zasłużyłem. Niepotrzebnie cię prowokowałem, zwłaszcza, że dobrze wiedziałem, co przeszłaś. Wyżywałem się na tobie, bo sam też znalazłem się w niewygodnym położeniu.
Skrzyżowała ręce na piersiach. Wyraźnie nie spodziewała się takiej reakcji.
– Mówisz tak, bo Doti już ci wszystko powiedziała? – zapytała, podejrzliwie mrużąc oczy. Erik westchnął ciężko.
– To nie ma znaczenia. Słuchaj, każdy człowiek ma sprawy, którymi nie chce się z nikim dzielić. Zwłaszcza z kimś obcym – wzruszył ramionami. – To nic złego, więc naprawdę, nie musisz przepraszać. Uważam, że to raczej ona powinna ciebie przeprosić. Jej zachowanie było okrutne i wolę nie myśleć, jak sam zachowałbym się w takiej sytuacji.
Erik mówił szczerą prawdę. Gdyby gdzieś po drodze spotkali Tarona albo kogokolwiek innego, kto znał prawdę o nim i rozpowiadał o tym dookoła, w najlepszym przypadku to skończyłoby się pojedynkiem. W najgorszym zatłukłby plotkarza gołym rękami. Tak czy inaczej, choćby był niewiadomo jak okrutny, słowa puszczone w eter mogłyby bardzo skomplikować jego sytuację.
– Musisz być dzielna, bo jeszcze nieraz ktoś spróbuje cię skrzywdzić– dodał, podchodząc do dziewczyny.

Sam nie wiedział, co nim kierowało, że pogłaskał jej jasny policzek. Wrażenie było piorunujące, nigdy wcześniej nie czuł czegoś równie delikatnego. Wtedy też po raz pierwszy, w jasnym świetle sypialni, dostrzegł szramę na jej lewym policzku. Właściwie nie tyle „szramę", co ledwie widoczną, jasną smugę, cieniutką jak nitka i długą zaledwie na część cala, umiejscowioną tuż obok lewego ucha. Przez chwilę myślał, że to złudzenie. Zmęczona głowa płata mu figle, szukając skazy, bo Nari była zbyt idealna, by mogła być prawdziwa. Nieważne jak mocno się przyglądał, blizna pozostawała. Z pewnością kryła się za nią jakaś interesująca historia.

2 komentarze:

  1. Hej :)

    Na początek kilka błędów, a przynajmniej dwa, które rzuciły mi się w oczy:
    'prawdopodobnie nie zabiłaś, ty to musiał' - przecinek po 'ty', nie przed
    '– Musisz być dzielna, bo jeszcze nieraz ktoś spróbuje cię skrzywdzić–' - zjedzona spacja na końcu
    Poza tym, żadnych błędów nie zauważyłam :)
    Co do rozdziału:
    Nie lubię Doti :/ Jest irytująca, chociaż na początku, kiedy pierwszy raz się pojawiła, wcale się taka nie wydawała. Nienawidzę tego, jak traktuje biedną Nari.
    Co do morderstwa: podejrzewam kogoś ze służby. Może to ta babka, co znalazła ciało (nie pamiętam jej imienia). Albo ten sekretarz? Ech, nie wiem.
    Ogólnie, rozdział mi się podobał.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hejka.

    Nie wiem, co mógłbym napisać o tym rozdziale.

    Oczywiście udało Ci się sprawić, żeby czytelnik, czyli w tym przypadku ja, nie polubił Doti. Irytująca, wkurzająca, denerwująca, jak kto woli. I jak pewnie sporo osób, nie lubię tego typu postaci.

    Jak już wcześniej wspominałem, podobają mi się te małe dawki informacji o bohaterach. Tu, że Nari jest córką prostytutki, a Erik prawdopodobnie pochodzi z królewskiego rodu albo coś w tym stylu. Z drugiej strony to może być tylko zbieg okoliczności, ale tego nie jestem do końca pewny.

    Dziadek Narietty równie dobrze mógł zostać zabity przez Doti albo Iana. Mogli mu mieć za złe to, że adoptował bękarta. Trudno powiedzieć.

    Pozdrawiam,
    graf zer0.

    OdpowiedzUsuń