niedziela, 5 czerwca 2016

I INTERLUDIUM

Lato powoli docierało już nawet do najbardziej schowanych w Zachodnich Górach miasteczek. Zielone hale i kwitnące maki wprawiały w pozytywny nastrój właściwie każdego, poza doktorem Farrierem. Lekarz zgodnie ze swoim zwyczajem siedział na tarasie w fotelu na biegunach, palił papierosa i słuchał radia. Głupie paniczyki komentowały postępowanie księżniczki Avy, jakby pozjadali wszelkie rozumy.
...Zajęcie Pałacu Zimowego było bardzo ważne, by móc proklamować nową władzę...

Zachłanna pipa. Zamiast wysyłać swoje siły na zewnątrz, by odzyskać Góry, rozwala własne państwo od wewnątrz. Słucha męża-idioty, który pozwala się wodzić za nos przez jej wuja i brata.
...Pałac Zimowy był ważnym punktem zaczepnym Białych. To w końcu dom władców od dwustu lat...
Do domu lekarza zaczęła się zbliżać wysoka postać. Farrier zmrużył oczy przyglądając się jej z zaciekawieniem. Olbrzym... Miał chyba z osiem stóp wzrostu i płakał. Lewą rękę trzymał zagiętą przy ciele, stawiając ciężkie kroki i beczał jak dziecko.
...księżniczka Ava ponowiła swoją propozycję. Jeśli tylko jej wuj i brat uklękną, gotowa jest natychmiast zaprzestać wszelkich działań wojennych...
– Potrzebuję pomocy, panie. – Zapłakany chłopak okazał się być młodszy, niż mogłoby się to wydawać na pierwszy rzut oka. Miał czerwoną głowę, z krótko wygolonymi, ciemnymi włosami i trzy splecione ze sobą koła wytatuowane wyraźnie na boku szyi, od którego lekarz dostał ciarek. To symbol, którym oznaczono sztucznych ludzi, jedno z największych dzieł eugeników.
Olbrzym ostrożnie pokazał lekarzowi rękę. Część dłoni była sina i opuchnięta. Palce od małego do wskazującego wyglądały na złamane.
– Myślałem, że samo się zagoi – jęknął. – Poboli i przestanie, ale nie przestało.
– Coś ty robił? – Doktor Farrier zerwał się z miejsca, chcąc obejrzeć lepiej kontuzję. – Biłeś się ze skałami czy jak?
– Coś w tym rodzaju... – Przyznał chłopiec. – Uderzyłem jednego rudego oszusta, ale nie wiedziałem, że tchórz może być aż tak twardy.
...Z ostatniej chwili! Biały Markiz oficjalnie odmówił uklęknięcia przed siostrzenicą!
– Oszusta? – zdziwił się lekarz. Ostrożnie ujął rękę olbrzyma, uważnie studiując jego kontuzję. Opuchlizna okazała się być już całkiem twarda. Dłoń i palce były poważnie stłuczone, ale wydawały się niepołamane. Zaprosił pacjenta do swojego gabinetu.
...W swoim orędziu bezpardonowo nazywa ją uzurpatorką i złodziejką korony brata. Zapowiada walkę, której nie zamierza zaprzestać, aż do jej ostatecznego upadku...
Olbrzym ostrożnie wszedł do środka domu, schylając się w przy przejściu przez drzwi. Był tak duży, że czubkiem głowy niemal dotykał sufitu, gdyby nosił czuprynę, bez wątpienia ściągałby nią pajęczyny.
– Usiądź na kozetce – polecił lekarz, obawiając się, że skromny taboret przeznaczony dla pacjentów, mógłby się złamać pod ciężarem chłopca. – O co chodzi z tym oszustem?
– Przyjechał do wioski, żeby zabić smoka i nie zrobił tego. – Umywszy starannie ręce, lekarz sięgnął po grubą stalową igłę. Bez cienia czułości nakłuł chore palce pod paznokciami, pozwalając krwi szybciej ujść.
– Jesteśmy tylko ludźmi, może po prostu nie dał rady? – Od niechcenia stanął w obronie rzekomego oszusta.
– W takim razie dlaczego okłamał całą wioskę, że to zrobił? A następnego dnia uciekł, jakby goniły go Zmory. – Wraz z upływem krwi obrzęk wyraźnie zmalał. Lekarz ostrożnie zaczął badać każdy kolejny palec z osobna.
– To dlatego go uderzyłeś? – Wbrew pierwszemu osądowi, palce były całe. Stłuczone, ale całe. Widocznie olbrzym też był twardy.
– Nie, o tym dowiedziałem się później. Uderzyłem go, bo nękał dziewczyny. Gdy to zrobiłem, przestał. – Chłopak wyszczerzył głupkowato zęby, a lekarz nie potrafił nie odwzajemnić uśmiechu.
– Dobra robota – pochwalił olbrzyma. Przysiadł na krześle, szukając w szafce jakiś anestetyków, mogących złagodzić ból chłopca. Raz po raz, jego wzrok mimowolnie uciekał w kierunku pacjenta.
Sztuczni ludzie... Gdy piętnaście lat temu przeczytał o tym przełomowym eksperymencie, Farrier nie potrafił zdecydować, czy jest to bardziej ekscytujące, czy może jednak przerażające. Najtęższe umysły na kontynencie, pierwsi lekarze, biolodzy, filozofowie i naukowcy, stworzyli ugrupowanie, każąc nazywać siebie eugenikami. Twierdzili, że nie tylko mają możliwość stworzenia całkowicie sztucznego człowieka, ale także są zdolni wyhodować absolutnie idealny byt.
Co, oczywiście, okazało się wierutną bzdurą, bo na tym świecie nic nie było idealne. Dążąc do perfekcji, wyhodowali trzynaścioro dzieci, z których każde było doskonałe na swój własny sposób. Sztuczni ludzie wydawali się być zdrowi i właściwie nic nie różniło ich od tych naturalnych. Nie licząc braku matki.
– Pewna Hagryjka zupełnie nie popiera pana zdania – odpowiedział pacjent. – Po całym zdarzeniu zabrała mnie na stronę i dała długi wykład na temat tego, jak moje zachowanie umocniło łańcuchy krępujące neustijskie kobiety.
– Hagryjka? – spytał dobrotliwie Farrier. – Pewnie bardzo szpetna?
– No... Za ładna to ona nie była – przyznał po krótkiej chwili milczenia olbrzym.
– Nie przejmuj się. Brzydkie kobiety już tak mają, a odkąd cały świat staje na głowie i nawet we własnym domu trzeba uprawiać wojaczkę, wydaje im się, że mogą każdego pouczać. Żony walczą przeciwko mężom i o co? Chcą głosować, pracować, uczyć się, jakby którakolwiek z tych spraw to była jakaś sekretna przyjemność, której złośliwie im zabraniamy. A przecież to tylko kolejny nieprzyjemny obowiązek, którego ich delikatne umysły mogą uniknąć, jeśli będą słuchać dobrych mężczyzn. Bo jeśli w swej naiwności posłuchają złych, to będzie katastrofa... Słyszałeś co się dzieje w Trezonie, odkąd księżniczka Ava sprzeciwiła się bratu? – Chłopiec nieśmiało pokręcił głową. – Wybuchła paskudna wojna! Okrutna wojna, która podzieliła rodziny, przyjaciół i sąsiadów. Głupia baba posłuchała swojego zachłannego męża i zachciała mieć takie same prawa jak mężczyzna... – Lekarz ledwo powstrzymał się od splunięcia na podłogę swojego czystego gabinetu.
Zresztą... Obecna sytuacja w Trezonie to też była wina szalonych eugeników, każdy kto czyta gazety o tym wiedział. Gdy najstarszy ze sztucznych ludzi był na tyle duży, by zrozumieć swoje rozpaczliwe położenie, popełnił samobójstwo. Eugenicy zrozumieli wtedy swój błąd. Myśleli, że mogą odkryć uniwersalną formułę, która sprawi, że jeden typ człowieka sprawdzi się w każdych warunkach, a przecież... To niemożliwe. Dlatego też postanowili zmienić swoje zainteresowania i zamiast dążyć do jak najbardziej wszechstronnych cech, postanowili je zindywidualizować podług konkretnych potrzeb. Potrzebny duży osiłek do ciężkiej pracy w polu? Proszę bardzo. Konieczny zwinny mikrus do pracy w kopalni? Nie ma problemu. Chce się piękną dziewczynę, która omami rywala w interesach? Już się robi.
To był świetny pomysł na interes. Wielu krezusów gotowych było zapłacić każdą cenę za uzyskanie wyłączności usług eugeników. Niewiarygodnie wielka inwestycja na dwadzieścia, może dwadzieścia pięć lat, po której armia doskonale wyszkolonych, idealnych żołnierzy mogła podbić dowolne miejsce na świecie. Bez domów do których można wracać, czy rodzin, za którymi można tęsknić – sztuczni ludzie staliby się idealną bronią.
Na szczęście, w porę zareagował imperator Artem. Jako pierwszy i jedyny przywódca tak wielkiego formatu oficjalnie potępił działania eugeników. Próbował uzyskać również poparcie u starego króla Neustii albo wśród Sześciu Rodów, niestety bezskutecznie. Ostatecznie samodzielnie zaatakował ich siedzib. Budynki i aparaturę eugeników kazał zrównać z ziemią. Zapisy badań zarekwirował jako dowody przeciwko szalonym naukowcom. Docenił również wkład, jaki mogły przynieść te okropne eksperymenty w rozwój medycyny. Eugeników kazał aresztować i wytoczyć im proces o gwałt na prawach natury. A znalezione dzieci, będące żywym efektem owocnej pracy eugeników polecił naznaczyć charakterystycznym tatuażem na szyi. Podobno sam twierdził, że nie ma to być znak ich potępienia, ale dowód, że wiąże z nimi ogromne nadzieje. Jakie? – Imperator nie zdążył zdradzić. Dwa tygodnie po skazaniu ostatniego z eugeników już nie żył.
– Panie doktorze? – Olbrzym przyglądał się uważnie Farrierowi. – Wszystko w porządku?
– Oczywiście, oczywiście, chłopcze. To mówisz, że uderzyłeś jednego twardego oszusta i tchórza zarazem? – Zastrzyk środka przeciwbólowego powinien przynieść chłopcu ulgę. – A jak ty w ogóle się nazywasz?

– Wars, proszę pana. Wars Beznazwiska. – Mimowolny uśmiech wtargnął na twarz lekarza. Dobrze, że cierpiący potrafili jeszcze żartować ze swojej udręki. To przynosiło nadzieję takim zwyczajnym, szarym ludziom jak Farrier. 

3 komentarze:

  1. Witaj.

    Szczerze mówiąc, ten rozdział jest najlepszym, jaki do tej pory czytałem na tym blogu.

    Dialogi wyglądają na naturalne. Jedynie tekst o Hagryjce wypowiedziany przez lekarza niespecjalnie pasował mi do tej postaci. Reszta jest jak najbardziej w porządku.

    Pomysł o idealnych ludziach bardziej pasuje mi do science fiction niż do takiego Fantasy pomieszanego ze współczesną z technologią. Jednak sama idea wydaje się być ciekawa. Coś jak teraźniejsze spory o wykorzystywaniu robotów zamiast ludzi i konsekwencjach jakie to może ze sobą nieść.

    Polityka średnio mnie interesuje, jeśli chodzi o tę wewnętrzną. Stosunki międzynarodowe są bardziej ciekawie. Niemniej nie przeszkadza mi, że wprowadzasz taki wątek, który wydaje się być jedynie niewyraźnym tłem dla wydarzeń związanych z Erikiem. Bo jaki to może mieć na niego wpływ?

    Pozdrawiam,
    Neuromanc3r-.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W końcu ktoś, komu spodobało się moje interludium! Yaaay! Miód na me serce, zwłaszcza, że o ile dobrze pamiętam to przy okazji pisania pierwszego interludium w końcu wiedziała, jaki kierunek chcę obrać w swoim opowiadaniu i przyznam nieskromnie dalej jest już chyba coraz lepiej.

      A teraz wybacz prywatę, ale czuję, że musze się z Tobą podzielić swoją refleksją. Bo zauważyłam, że ludzie uwielbiają zakładać, że fantastyka (a już zwłaszcza smoki w opowiadaniu) oznaczają typowe fantasy magii i miecza, w realiach osadzonych na odpowiedniku naszego średniowiecza. Przez takie założenie nawet początkujący autorzy (nie, żebym sama była wielce doświadczona czy uczona w tej materii), trzymają się sztywno reguł "kanonu", dlatego czytelnik jest uraczany gorzej lub lepiej przerobionym średniowieczem i dla mnie to wszystko zaczyna zwyczajnie wyglądać na wtórnie przerobionego Tolkiena, czy innego z autorów klasycznego fantastyki.
      Medytowałam trochę nad tym zanim zaczęłam pisać i doszłam do wniosku, że w ogóle błędem jest używanie określenia "fantastyki" jako gatunku literackiego. Jej gałęzie, owszem - w jakimś tam stopniu oddają tendencję gatunku, ale sama fantastyka, moim zdaniem, jest niczym więcej jak przyjętą konwencją estetyczną. Nie istnieje fantastyka, która nie czerpałaby garściami z innych gatunków: horroru, obyczajówki, przygodówki, powieści politycznej czy kryminału.
      Dlatego też po tym strumieniu świadomości pragnę oświadczyć, że: nie traktuj "Smokobójcy" jako fantasy pomieszanego ze współczesnością. Pewnie jeszcze tego nie widać (tych pięć nędznych rozdziałów aż się prosi o natychmiastową poprawkę, oj backspace pójdzie w ruch), ale uniwersum w tym opowiadaniu odpowiada raczej realiom z początków XX wieku i jeśli musiałabym koniecznie dać jakąś przynależność gatunkową, to najszybciej nazwałabym ją "dieselpunkiem". Koniec końców, cieszę się, że sama idea wydaje Ci się ciekawa =D

      Pytasz, jaki związek może mieć tło wydarzeń na główną postać? Odpowiem: szalony i jeśli nadrobisz to, co jest opublikowane do tej pory, to się dowiesz.

      Z niecierpliwością czekam na Twoje kolejne komentarze =D

      Usuń
    2. Nie pojawiło się zbyt wiele opinii, patrząc na ilość komentarzy. Ale przynajmniej nikt Ci nie składa pustych obietnic, że przeczyta kiedy tylko znajdzie trochę wolnego czasu.

      Fantastyka to dział, na który składa się wiele gatunków, w tym fantasy, science fiction, ukochany przeze mnie cyberpunk, steampunk, dieselpunk, postapokalipsa i pewnie jeszcze wiele innych, o których nie mam najmniejszego pojęcia.

      Poleciałem na skróty myślowe, bo nie znam żadnego gatunku, który łączyłby elementy klasyczne dla fantasy (czyli chociażby smoki) i elementy należące do współczesności.
      Dieselpunk to bardziej historia alternatywna, tak samo jak steampunk. Tylko że w jednym przypadku idzie to bardziej w stronę wykorzystania paliwa itp., a w drugim w stronę pary, a magia miesza się z technologią.
      Jeśli już o dieselpunk chodzi, to proszę: http://dieselpunkstories.blogspot.com/ Dawno temu czytałem jego bloga i szkoda, że przestał pisać, bo robił to bardzo ciekawie moim zdanie.

      Neuromanc3r-.

      Usuń