niedziela, 12 czerwca 2016

8. Zakochana kobieta

Salar siedział wygodnie przy biurku, paląc swoją ulubioną fajkę. Po wstępnym przesłuchaniu wszystkich świadków czuł się skołowany. Jeden świadek to żaden świadek, tak powszechnie mówiono, gdy zeznania nie są ze sobą zgodne. Ale dwóch? Słowa panny Tremaine i pana Veleno nie do końca pokrywały się z tym, co mówiła pozostała czwórka. Oczywiście nie można było pominąć możliwości, że zwyczajnie wcześniej ustalili swoje zeznania, jednak w tej sytuacji obydwoje musieli być fantastycznymi aktorami.

Ona wydawała się być naprawdę przestraszona i wstrząśnięta. Miała słaby, drżący głos, gdy odpowiadała na jego pytania. Blada i zmęczona, nie wydawała się być osobą zdolną do popełnienia tak okrutnego morderstwa z zimną krwią. Musiałaby nie tylko spokojnie zabić dziadka, ale i wykraść się po cichu z gabinetu, ukryć narzędzie zbrodni i po wszystkim umyć dłonie... Czy zdołałaby zachować spokój w takiej sytuacji? Zresztą... Poderżnięcie gardła to nie był sposób, w jaki działały kobiety.
Co innego pan Veleno. W przeciwieństwie do niej był silny. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. O wszystkim, co twierdził, że wiedział, opowiadał rzeczowo, lakonicznie. Był spokojny. W tej nieszczęśliwej sprawie niespodziewanie został się oparciem dla damy. Jego alibi zapewnia jedynie panna Tremaine, sekretarz, którego wskazał, stanowczo zaprzeczył jakoby odprowadził go do samych drzwi. Jedynym sensownym rozwiązaniem, jakie w tej sytuacji wydział detektyw, to ponowne, dokładniejsze przesłuchanie tej dwójki, tym razem osobno.
– Dlaczego to ja mam rozmawiać ze smokobójcą?! – Na komisariat wpadł wściekły Lir. Jak zwykle, jego wygląd pozostawiał wiele do życzenia. Nieuczesane, czarne włosy opadały mu na ciemne oczy, a twarz wydawała się być bardziej zielona jak blada. Zdradzała, że młody detektyw spędził poprzednią noc na zabawie. – To z nią powinienem porozmawiać! Przycisnę ją, żeby się przyznała!
Ciężkie westchnięcie przeszyło zapadłą ciszę. Salar nie raczył nawet wstać, gdy odpowiadał podopiecznemu.
– Prędzej doprowadziłbyś ją do płaczu i omdlenia. Uniemożliwiłbyś jej skuteczne przesłuchanie oraz bezsensownie przedłużył śledztwo. Mam ci przypomnieć, jak przesłuchiwałeś panią Kannis?
– Już wyciągnąłem wnioski z tamtej sprawy! – zapewnił gniewnie młody, zaciskając ręce w pięści. Jak na policjanta wyglądał nędznie. Jego powyciągany, szarobury sweter umniejszał jego chudą sylwetkę, a nogi ginęły w spodniach wyglądających na zbyt duże. – Chodzi o rozwiązanie, tak? Gdy ona się przyzna do winy, to ty zgarniesz wszelkie pochwały, tak?!
– Twoje podejście mnie zawodzi. – Starszy detektyw zgasił fajkę. – Robisz to dla sprawiedliwości, czy dla pochwał?
Pytanie wyraźnie zmieszało Lira. Wyraźnie nie chciał wypaść przed resztą załogi na małostkowego, zwłaszcza, że wcześniej zaliczył kilka poważnych wpadek. Salar nie winił go za popełniane błędy. Lir był przecież młody, pełen sił i pasji do tego zawodu, chociaż jednocześnie zależało mu na powszechnej aprobacie. Jeśli w szkole był taki sam, jak teraz, musiał mieć bardzo pod górkę.
– Dobra, ten jeden, jedyny raz ci na pozwolę – bąknął niezręcznie brunet, próbując jakoś zachować twarz. Salar jedynie z czystej sympatii nie zwrócił mu uwagi, że to nie on decyduje. – Przesłucham tego Veleno najlepiej, jak tylko potrafię.
– I przeszukaj jego rzeczy. Jeśli masz rację, a oni działali w komitywie, możliwe, że to on zajął się ukryciem narzędzia zbrodni. – Pismo sądowe opatrzone czerwoną pieczęcią z laki, leżało na biurku młodego detektywa. – Chcesz, żebym zapytał ją o coś szczególnego?
Lir zastanowił się. Zgodnie ze swoim zwyczajem podrapał się po rzadkiej, czarnej bronie, po czym stwierdził.
– Nie, ale spróbuj ją podejść. Spróbuj dać jej do zrozumienia, że podejrzewamy smokobójcę, jeśli coś wie, to na pewno to zdradzi. – Propozycja nie była etyczna. Jako przesłuchujący, nie powinni naprowadzać świadków na tropy, bo pamięć i bez tego bywa zawodna. Z drugiej jednak strony... Czasami trzeba było podejść przestępcę od strony, z której najmniej spodziewa się ataku.
– Zrobię, jak mówisz – obiecał starszy policjant.
– Panie detektywie, panna Tremaine już przyszła – zaanonsował jeden z policjantów, wchodząc do biura Salara. Mężczyzna ukradkiem spojrzał na swój prosty zegar na skórzanym pasku. Dobijała godzina dziesiąta rano, idealna pora na odwiedziny eleganckiej damy. Niezbyt wcześnie, ale też niezbyt późno, by po rozmowie, można było wrócić do swoich spraw.
Lir zabrał pismo i w drzwiach minął się z przyprowadzoną dziewczyną. Miała na sobie lekki, czarny płaszcz i ciemną, fioletową sukienkę, w czym wyglądała niemal jak biała mara. Włosy miała upięte nisko, tuż nad karkiem i tego dnia nie nosiła żadnej biżuterii.
– Wczoraj wieczorem otrzymałam wezwanie. Polecono mi przyjść przed południem... Mam nadzieję, że nie jestem zbyt wcześnie? – zapytała na wstępie. Było w niej coś niepokojącego, czego Salar nie mógł jednoznacznie zdefiniować. Jakoś w tej ciemnej odsłonie, zaczęła przypominać mu fatalną bohaterkę tych nowoczesnych powieści. Podobnie jak one była niezaprzeczalnie piękna, a mogła również okazać się niebezpieczna dla uwielbiających ją mężczyzn.
– Jest pani o bardzo akuratnej porze. – Detektyw zerwał się z miejsca. Z galanterią pomógł damie ściągnąć płaszcz i odsunął jej swoje krzesło przy biurku. Sam za to zajął miejsce Lira. – Panno Tremaine, wiem, że to dla pani trudny czas, ale proszę się skupić. Mam do pani wiele pytań i proszę odpowiadać na nie najbardziej szczegółowo i konkretnie jak pani potrafi – przemawiał łagodnym głosem Salar. – Jak poznała pani pana Veleno?
– Tak jak już wcześniej mówiłam. Uratował mnie od smoka. Przecież poznać można się tylko raz, prawda? Nie można tego zmienić... – odparła spokojnie dziewczyna, uważnie przyglądając się twarzy policjanta.
Detektyw przytaknął, bacznie obserwując dziewczynę. Była albo arcyzdolną aktorką, albo bardzo naiwną panienką. Salar nie mógł się zdecydować, jak ją ocenić.
– Czy była pani wtedy przytomna? Może pani opisać to wydarzenie? – Wyraźnie zmieszała się. Zaczęła wodzić wzrokiem po pokoju komisariatu. Nie było tu nic ciekawego do oglądania. Kilka prostych biurek, wiele szafek i przegródek z raportami czy aktami zakończonych spraw. W pokoju brakowało okna, które mogłoby rozpraszać przesłuchiwanych. Salar starannie zapisywał każdą informację swoim paskudnym, stenograficznym pismem w wysłużonym notesiku.
– Ja... nie wiem, jak się tam znalazłam. Jednego dnia wszystko było takie samo, jak zawsze. Spędziłam dzień na pomaganiu dziadkowi i Kubertowi w odpisywaniu podziękowań na kartki z życzeniami urodzinowymi. Kubert to sekretarz dziadka. Wszystko było w porządku. Później zjedliśmy kolację, a wieczorem czytałam dziadkowi „Reminesencje" Pola. Poszliśmy spać, a gdy się obudziłam... ja naprawdę nie wiem, co się wtedy stało, ale gdy się obudziłam już nie było mnie w domu. – Łzy zabłyszczały w jej oczach. – Obudziłam się w jaskini, było tam zielono i niebiesko. I gadzi stwór.
– Smok? – dopytywał detektyw.
– Nie wiem. Może? Był inny niż smoki opisywane w atlasach.
– Co to znaczy?
– On... Był mały. Wielkości konia. Wyglądał raczej jak wiwerna. Ale Erik nazywał go smokiem, a on chyba wie, co mówi w tym temacie? – Salar pokiwał głową, dając znak, żeby kontynuowała swoją opowieść. Wydawało mu się to podejrzane. – Jak tylko zorientowałam się, że nie jestem w domu, chciałam zacząć krzyczeć, ale wtedy... Smok spojrzał na mnie. Miał takie straszne ślepia... Bałam się, że jeśli się ruszę, albo odezwę, to rzuci się na mnie. Nie mogłam nic zrobić... Zupełnie straciłam głowę i nie wiem, jak długo tam czekałam, aż smok wyleciał z groty. Gdy go nie było chciałam wstać i wyjść, ale nogi zupełnie odmówiły mi posłuszeństwa. Rozpłakałam się. Byłam tak przerażona... I ja wiem, że teraz to może się wydawać głupie... Bałam się, że jeśli wstanę i chociaż trochę się poruszę, to smok wróci i mnie rozszarpie. Przez jakiś czas zbierałam się w sobie, a gdy zaczęłam krzyczeć, to miałam wrażenie, że zaraz skonam. A wtedy przyszedł Erik i on... On uratował mnie. Zabił smoka i mnie uratował.
Tym zakończyła swoją opowieść. Jej twarz pokrył rumieniec, a dłonie pocierała o siebie. Była bardzo przejęta swoją opowieścią.
– A później? Jak to się stało, że zgodził się odtransportować panią do samego domu? Jest aż tak dobry? – dopytywał dalej detektyw.
– Och, tak! – zapewniła energicznie dziewczyna, a na jej twarzy odmalował się nieśmiały uśmiech. – Erik jest naprawdę... On jest bardzo dobrą osobą. Zaopiekował się mną, gdy nikt inny by tego nie zrobił i odwiózł do dziadka, gdy obiecałam mu nagrodę – Ta informacja bardzo zaskoczyła Salara. Wcześniej żadne z nich nie przyznało się do tego. – I to wszystko. – Możliwie dyskretnie podrapała się po nosie.
– Wszystko? Dobrze, w takim razie przejdźmy dalej. Jak zareagowano na wasz powrót? Z tego co widziałem, pani dziadek zgłosił pani zaginięcie, to był ail dziewięćset osiemnastego roku. Zgadza się?
– Bardzo mi przykro, ale nie wiem, kiedy dokładnie dziadek zgłosił moje zaginięcie – zauważyła bardzo trzeźwo dziewczyna. – Gdy wróciliśmy, wszyscy byli bardzo zdenerwowani. Chyba myśleli, że szybciej przyjdzie list z pogróżkami. Reva nie chciała wpuścić mnie do domu i nazywała oszustką. – Ta informacja też była bardzo ciekawa. – Ale w pewnym momencie z okna wyjrzał dziadek i to on mnie poznał. Wytłumaczyłam mu, co się stało, a on mi uwierzył. Później udałam się do swojego pokoju, chciałam się odświeżyć i zmienić garderobę po wyczerpującej podróży. A Erik został na parterze, dziadek bardzo chciał z nim porozmawiać.
– O czym rozmawiali? – Salar coraz bardziej miał wrażenie, że krąży w kółko.
– Nie wiem, gdy zeszłam na parter Erik już wychodził. Nie chciał nawet zostać na obiad. – Narietta wyraźnie zasmuciła się. Spuściła nieco głowę i złożyła ręce na podołku. Nogi również podkurczyła bliżej siebie. – Wczoraj też wyszedł bez pożegnania.
 „Zakochane kobiety są głupie" nagle przypomniał sobie detektyw słowa podopiecznego. Nie sposób było odmówić mu racji. Delikatna natura kobiety jest zbyt krucha, by popełnić morderstwo z zimną krwią. Co innego mężczyzna, łaknący bogactw.
– Czy na korytarzu był ktoś jeszcze?
– Nie przypominam sobie. Może? Jeśli ktoś był, to nie zwróciłam na niego uwagi. – Bardzo wygodne i jednocześnie potwierdzające wiele z teorii Lira. Salar postanowił pójść tym tropem.
– A co sądzi pani o pozostałych, którzy byli wtedy w domu? Czy ma pani jakieś swoje podejrzenia?
Zasępiła się. Potrząsnęła głową, aż kilka jasnych kosmyków opadło na jej twarz i potarła dłonie o siebie.
– Naprawdę... Nie mam pojęcia, kto mógłby zrobić coś tak okropnego. Dziadek jest... to znaczy był... Zawsze bardzo hojny i doceniał ciężką pracę. Każdy pracował u niego przynajmniej kilka lat. – odpowiedziała w końcu, ze wzrokiem wbitym w podłogę. – Ale może to nikt z nas? Może to ktoś inny włamał się i to zrobił?
Kąciki ust Salara zadrgały, gdy usłyszał naiwną myśl dziewczyny. Mafia? W środku dnia, w dobrej dzielnicy i nikt niczego by nie zauważył? To rozwiązanie od samego początku było wykluczone.
– A pan Veleno? Przecież nie zna go pani kilka lat? – Narietta Tremaine pobladła, zaciskając swoje drobne czerwone usteczka w wąską linię. Z zaskakującą pewnością podniosła wzrok na detektywa.
– Erik tego nie zrobił. Jestem pewna. On nie jest mordercą, zresztą... Gdyby był, to dlaczego akurat dziadek i to w domu pełnym ludzi? Przecież mógł zabić mnie i porzucić gdzieś na bezdrożach, gdzie nikt by mnie nie znalazł... Ale przecież nie zrobił tego. Nie można go oskarżać, tylko dlatego, że jest obcy!
Zdobył jej bezgraniczne zaufanie – pomyślał Salar, zapisując uwagę. Przekartkował wcześniejsze zapiski, zastanawiając się jeszcze jakich informacji mu brakuje.
– Dobrze... Niedługo skończy pani dwadzieścia jeden lat i stanie się pełnoletnia. Ma już pani narzeczonego? – Niespokojnie poruszyła się na krześle. Zadane pytanie wyraźnie ją oburzyło.
– Doprawdy... Naprawdę nie rozumiem, jaki ma to związek ze sprawą?
– Zapewniam, że w gruncie rzeczy istotny. – Detektyw wysilił się na tak uprzejmą minę, jaką jego stara twarz mogła tylko zrobić. – Zapewniam, że zostało mi już tylko kilka pytań i zaraz będzie pani wolna.
– Nie, wspólnie z dziadkiem nie wybraliśmy jeszcze nikogo odpowiedniego. Oczywiście to była tylko kwestia czasu... – Mężczyzna nie wątpił w jej słowa. Narietta Tremaine miała wszystko, czego można by chcieć od młodej dziewczyny i z całą pewnością cieszyła się dużym powodzeniem. Jedyny problem polegał na pytaniu, kto może dać więcej dzięki ożenkowi z nią.
– A jak zareagowałby pan Tremaine, gdyby to pan Veleno poprosił o pani rękę? – Na jej jasnej twarzy odmalowało się zdziwienie.
– Odmówiłby – odrzekła krótko, acz stanowczo.
Wszyscy wiedzą, że smokobójcy nie są dobrymi kandydatami na męża. Chociaż nie najgorzej zarabiali, byli też wiecznie w podróży, niepewni najbliższej przyszłości. Wielu z nich miało sławę niestałych w uczuciach awanturników. Nieszczęsna żona musiałaby się liczyć z perspektywą częstych zdrad i rychłego owdowienia.
Salar zwięźle zanotował podsumowanie rozmowy. Narietta wyglądała na niewinną, chociaż nie był równie pewny co do Erika Veleno. Nie umknął jego uwadze również bardzo poufały ton, którym dziewczyna mówiła o smokobójcy, jakby byli co najmniej w bardzo bliskich relacjach. Dziwne, jak na obcych sobie ludzi.
– Dobrze, panno Tremaine, to wszystko o co chciałem dzisiaj zapytać. Czy ma pani coś do dodania? – Pokręciła głową.
Detektyw pomógł dziewczynie przygotować się do wyjścia. Chociaż teoria Lira okazała się być nietrafiona, to z zeznań Narietty można było dowiedzieć się wielu ciekawych informacji. Bez dwóch zdań najistotniejszą była jej bliska relacja z dziadkiem. Nie mówiła nic o ojcu, ani o braciach, jakby w jej życiu liczył się tylko stary pan Tremaine. Salar musiał lepiej przyjrzeć się stosunkom panującym w rodzinie.
Drugą ciekawą sprawą było niezachwiane uwielbienie skierowane w Erika Veleno. Ani na moment nie dała sobie wmówić, że jej bohater mógł być mordercą. Wyraźnie widać też było jej zauroczenie osobą smokobójcy. Oczywiście, nie było w tym nic dziwnego. Pan Veleno nie tylko, podobno, ją uratował, a również był młodym, postawnym mężczyzną. Niektórzy nazwaliby go nawet „przystojnym". Z pewnością nie był podobny do wyelegantowanych fircyków z dobrych rodzin, którzy ubiegali się o rękę Narietty. Nic więc dziwnego, że jej niewinne serduszko zapałało do niego żarliwym uczuciem.

Smokobójca byłby głupim, gdyby tego nie wykorzystał. Narietta Tremaine miała przecież wszystko. Pochodziła z bogatego domu, miła i piękna. Jeśli sama chciała oddać się w jego ręce, to jedynym, co mogło ją zatrzymać, był sprzeciw dziadka. Bardzo niekorzystny dla pana Veleno sprzeciw. Ciekawe, o czym rozmawiał z nieboszczykiem na odosobnieniu. 

2 komentarze:

  1. Cześć.

    Ojojoj, jak wszystko układa się niekorzystnie dla naszego dobrego Smokobójcy. Jeszcze biedny pójdzie siedzieć i zgnije w więzieniu za coś, czego w ogóle nie zrobił. Szczerze to bardzo fajny pomysł z przekształceniem tego we wręcz kryminał, w którym Erik jest głównym podejrzanym. Nie będę ukrywał, że spodziewałem się czegoś hmm... bardziej typowego dla łowcy smoków. Jedno zlecenie tutaj, drobna przygoda tam i tak przez cały czas.

    Przyznam, że bardzo podobały mi się te wszystkie, niby bardzo drobne, szczegóły. Potarcie rąk, rumieńce i tak dalej. Całkiem fajnie wpływały na klimat i pokazywały emocje bohaterów, nie tylko przez "suchy opis". Aż z radością będę brał z Ciebie przykład, jeśli chodzi o tego typu rzeczy.

    Nie przyczepię się do niczego, ponieważ, raz, nie mam do czego, dwa, jednak głupio mi poruszać jakiekolwiek tematy związane ze stylistyką lub gramatyką, gdyż sam popełniam takie błędy, że zastanawiam się, co się w ogóle ze mną dzieje.

    Tak samo nie znalazłem żadnych literówek.

    To mój drugi ulubiony rozdział. Bardzo fajnie i zgrabnie Ci wyszedł. Oby więcej takich! :)

    Pozdrawiam serdecznie,
    graf zer0.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, dzięki za pochwałę, to wiele dla mnie znaczy. Fajnie też, że udało mi się Cię zaskoczyć i nie pójść po linii najmniejszego oporu. Jestem z siebie dumna.

      No, Erik ma przegwizdane, ale z drugiej strony - trudno się dziwić policjantom, że nie chcą wierzyć w jego wersję wydarzeń. Jest raczej nieprawdopodobna.

      Usuń