7. Rodzina

Noc po morderstwie była chyba najgorsza w życiu Erika. No, może nie licząc tych kilku, w czasie których dochodził do siebie po starciu z ognistym smokiem. Samo wspomnienie tamtych chwil wywołało nieprzyjemne dreszcze na plecach mężczyzny. Nigdy więcej takich głupich pomysłów – solennie obiecywał sobie później, gdy powoli zdrowiał – A już zwłaszcza, gdy pomysłodawcą jest Taron.
Jakiś dziwny szmer rozległ się na korytarzu. Usłyszawszy go, smokobójca zerwał się na równe nogi i zaczął nasłuchiwać. Jego ciało napięło się nieprzyjemnie, gotowe do samoobrony w każdym momencie. Na całe szczęście po krótkiej chwili trzask zamykanych drzwi upewnił go, że to nie duch zmarłego, ani żadna inna zmora krąży po domu. Uspokojony tym faktem, Erik wrócił do łóżka, ponownie stając do walki z insomnią.
Nie mógł spać, mimo tego, że łóżko w pokoju gościnnym było duże i całkiem wygodne. Bez pcheł czy sprężyn bezlitośnie wżynających się w plecy. Pikowana kołdra wypełniona kaczym puchem przypominała o domu, którego Erik nie odwiedzał od bardzo dawna. Słyszał za to mnóstwo plotek o zmianach, jakie tam nastąpiły.
Skrzypnięcie zawiasów wywołały nieprzyjemne dreszcze i gęsią skórkę na ramionach. Aż smokobójca sam siebie skarcił. Przecież trudnił się zabijaniem smoków na całym kontynencie! Od lat sypiał we wszelakich hotelach i zajazdach, więc dziwne odgłosy niewiadomego pochodzenia nie powinny robić na nim żadnego wrażenia! W tak wygodnym łóżku od dawna powinien spać jak suseł i ani myśleć o pobudce. Jednak nie mógł zasnąć.
Nie całych dwanaście godzin temu doszło tutaj do morderstwa. Absolutnie niespodziewanego i krwawego. Chociaż Erik zajmował pokój dwa piętra nad gabinetem starego Tremaine i porządnie wywietrzył pokój, cały czas miał wrażenie, że czuje zapach krwi oraz rozkładającego się trupa. Nie powinien był zostawać. Gdy tylko przyjechał starszy brat Nari, powinien zawinąć manatki i spędzić intensywną noc przy ulicy z czerwonymi latarniami, po której miałby problemy z chodzeniem. To z pewnością by go odprężyło.
Oczywiście ojciec pochwaliłby go za abstynencję. „Wyrzeczenia kształtują dobry charakter" – mawiał obłudnie, jakby sam nigdy nie skorzystał z usług świadczonych w lupanarach. Gdy raz przyłapał Erika wracającego ze schadzki, urządził mu taką tyradę, że chłopak wtedy gotowy był wyrzucić z siebie wszystko, co o tym myśli. Podobnie jak jego siostra, nigdy nie był bezmyślnie posłusznym dzieckiem, a dorośli zawsze próbowali udawać świętszych niż byli w rzeczywistości.
Gdy Ian Tremaine przyjechał wraz z żoną, był bardzo zaskoczony obecnością niecodziennego gościa. Sam to przyznał. Wypalił ze smokobójcą kilka dobrych cygar, uważnie słuchając jego historii. Oczywiście, że wątpił w prawdziwość opowieści Erika, ale w przeciwieństwie do Nari był przewidującym człowiekiem. Nie mógł pozwolić sobie na skandal, więc udawał wiarę w usłyszaną relację, proponując nocleg. Wiedząc, że jadą na tym samym wózku, Erik chętnie przyjął propozycję, przysięgając sobie, że z samego rana wyjdzie i już nigdy nie spotka się z nikim o tym nazwisku. Mogłoby się zrobić bardzo nieprzyjemnie, gdyby ktoś zaczął węszyć wokół niego.
Przed samym rozejściem się do łóżek, wspólnie z Ianem wypili po odrobinie koniaku, by ukoić zszargane nerwy. Oczywiście, nie obyło się bez pokrętnych pytań o Nari, które przyprawiały Erika o złowieszczy chichot. Ah ci pruderyjni i do bólu powściągliwi Neustijczycy. Jedynie perspektywa napytania sobie prawdziwej biedy powstrzymywała wrodzoną złośliwość Erika do dwuznacznych komentarzy na jej temat. Nie był aż tak głupi by ryzykować, że policja zainteresuje się nim jeszcze bardziej, a skoro już teraz podejrzewali go o „romans", to idiotyzmem byłoby podsuwać kolejne argumenty.
Świtało, gdy w końcu Erikowi udało się przysnąć. Jednak długa podróż, morderstwo i całe dochodzenie, które przeprowadzono były zbyt męczące, by nie spać. Zwłaszcza gdy łóżko jest tak wygodne. Niestety, ledwie przymknął powieki, gdy w całym pokoju rozległ się wrzask.
– NIE MOŻESZ MI TEGO ZROBIĆ!!!
Bez wątpienia krzyczała Nari. Smokobójca gotowy był natychmiast ruszyć jej na ratunek, gdy przypomniał sobie, że przecież nie byli sami. Jej bratu z pewnością nie spodobałby się fakt, iż Erik paraduje przed nią w piżamie, jakkolwiek szlachetne były jego pobudki. Poza tym już teraz mogą być problemy z dziwnymi plotkami. Po co jeszcze prowokować?
– TO JEST MÓJ DOM!!! – Przy Eriku, Narietta wydawała się być dużo bardziej cicha i powściągliwa. Teraz wydzierała się jak tak głośno, że niemal całe piętro się trzęsło.
Sprawy rodzinne w Neustii były kwestią, w którą obcemu nie wolno było wtykać nosa pod żadnym pozorem. Neustijczcy szczycili się tym, że ze wszystkich cywilizowanych państw mają najprostsze prawo w tym zakresie i uważali się za wzór. Zawierało jedynie dwa, bardzo proste przepisy: pierwszy „Wszelkie decyzje i stosunki w rodzinie podejmuje najstarszy wiekiem mężczyzna" oraz drugi „Kobietą, która wyszła za mąż opiekuje się rodzina jej małżonka". W mniemaniu Neustijczyków pożądane zachowania były tak głęboko zakorzenione w ich kulturze oraz tradycjach, że wszelkie próby bardziej szczegółowego prawa odbierano jako dzielenie włosa na czworo.
Po pospiesznym ubraniu się, Erik zamierzał cichcem wymknąć się z domu. Skoro policja poniekąd zabroniła mu wyjeżdżać ze stolicy chciał trochę posmakować tutejszego zabawowego życia. Chętnie wybrałby się do jednego z tutejszych kabaretów w czerwonej dzielnicy, słyszał wiele dobrego o umiejętnościach występujących tam aktorek. Niestety - te plany musiały poczekać, gdyż niemal natychmiast wpadł na panią Tremaine, księżniczkę Doti z Larskich.
– W końcu się pan obudził. Już się martwiłam, ze w nocy dopadła pana zmora. – Kobieta była bardzo szeroka, chociaż Erik nie wątpił, że to zasługa jej odmiennego stanu. Czarne jak smoła włosy miała upięte w starannego koka, a jej nos przypominał niewielkiego kartofelka. Nie była zbyt urodziwa, ale za to wydawała się być bardzo sympatyczna. Tuż za nią stał mężczyzna w uniformie kamerdynera, który na powitanie jedynie skinął głową na Erika. – Gdy tylko skończy się śledztwo wyrzucimy te wszystkie starocie – zadecydowała po krótkiej chwili, łapiąc się za odstający brzuch.
– To antyki jeszcze z czasów króla Kurina– skomentował uprzejmie kamerdyner, mimo tego księżniczka skrzywiła się brzydko. Erik gotowy był odejść i nie przeszkadzać w planach.
– Tak, wiem... Po prostu masz się ich pozbyć. Gdy pomaluję ściany na biało i każę wstawić nowe dywany zupełnie nie będą pasować. Nie chciałam o tym mówić przy mężu, ale czy ja już gdzieś nie widziałam tej szkarłatnej czupryny? – Wzrok księżniczki Doti wbił się w smokobójcę. Jak większość Neustijczyków miała jasne, szaroniebieskie oczy, które wydawały się przewiercać duszę Erika na wylot. Zaschło mu w gardle, ale postarał się nie dać niczego po sobie poznać.
– Nie przypominam sobie – odpowiedział gładko. – Jestem tylko prostym smokobójcą, więc na pewno pamiętałbym spotkanie z tak wspaniałą damą.
Księżniczka Doti protekcjonalnie machnęła na niego ręką, wyraźnie zadowolona z otrzymanego komplementu.
– A mi się wydaje, że jednak gdzieś już miałam z panem do czynienia, panie prosty smokobójco – nie ustępowała. – Czy nie był pan czasem na maskaradzie u hrabiego Genoux w czasie ostatniego hagryjskiego karnawału?
Hagryjski karnawał, to święto, które przywędrowało do Neustii pod koniec ubiegłego stulecia. Możnym bardzo spodobał się pomysł by raz na dekadę, zgodnie z kalendarzem obowiązującym w Hagr, w okresie letnim organizować serię niezwykle wystawnych zabaw. Dlatego, gdy przychodził ten radosny czas, nie szczędzili pieniędzy ani czasu, by tylko móc się hucznie poswawolić. Ostatni taki karnawał miał miejsce osiem lat temu, a przygotowania do kolejnego z pewnością już dawno się rozpoczęły.
– Wtedy byłem ledwie niedorostkiem. Matka dałaby mi popalić, gdybym spędził noc na maskaradzie. – Kąciki wąskich ust pani Tremaine zadrgały.
– Ah tak... rozumiem. Najwidoczniej musiałam pana z kimś pomylić. Ale gdzie są moje maniery? Zechce pan najpierw zjeść śniadanie? – Ciepły posiłek był dosłownie szczytem gościnności, na którą liczył.
Gospodyni poleciła kamerdynerowi uszykować coś dobrego, jednocześnie życząc sobie kawę z mlekiem kokosowym i kawałek placka. Po tym zaprowadziła gościa do dużej, przestronnej jadalni usytuowanej na parterze, naprzeciwko gabinetu starego Tremaine. Erik ze zdumieniem spostrzegł, że dochodziło już południe - wydawało mu się, iż zamknął oczy jedynie na kilka minut.
– Nie jest pan zbyt rozmowny, prawda? – zagaiła w pewnym momencie księżniczka Doti, gdy w oczekiwaniu na posiłek wspólnie pili kawę.
– Proszę mi wybaczyć tę nieuprzejmość, ale nawet mnie przytłoczył natłok wrażeń.
– Słyszałam też, że nie pogardził pan wdziękami naszej słodkiej łajzy – mówiła, nie zwracając uwagę na jego odpowiedź. – Robią wrażenie, prawda? – Młoda kobieta zarechotała, podczas gdy Erik starał się być tak bardzo kulturalny jak tylko mógł. W końcu rozmawiał z arystokratką. Jednak usłyszawszy jej pytanie, o mało co nie wypluł zawartości swoich ust na stół.
– Co? – wybełkotał, wyraźnie zakłopotany. Miał dotychczas cichą nadzieję, że ten durny epizod, który przecież był powodowany afektem, nigdy nie ujrzy światła dziennego.
Nigdy nie otrzymał odpowiedzi, bo nagle domem wstrząsnął kolejny wrzask Nari, tym razem nieozdobiony żadną treścią. Jednocześnie jedna z pokojówek, ta młodsza, przyniosła śniadanie Erika.
– Życzę smacznego, ale pozwoli pan, że go opuszczę. – Pani Tremaine wstała ociężale z krzesła z rzeźbionym oparciem. – Muszę wesprzeć męża.
Smokobójca już od dawna nie jadł tak dobrego omletu. Domowy chleb ze świeżo ubitym masłem i grubymi plastrami pysznej, wędzonej wieprzowiny też był niczego sobie. Chociaż posiłek był pyszny, Erik nie mógł powstrzymać swojej głupiej ciekawości i gdy tylko został sam, z talerzem w ręku, zbliżył się do drzwi, próbując nasłuchać o co toczy się batalia między rodzeństwem.
Nari i Ian musieli przebywać w salonie, który był przyległym pomieszczeniem do gabinetu, ale nie miał żadnej wspólnej ściany z jadalnią. Nie słysząc nic, mężczyzna uchylił lekko skrzydła drzwi i, łakomie pochłaniając kanapki, słuchał.
– Dlaczego ty zawsze musisz być problemem? – Przemówiła księżniczka Doti znudzonym tonem. Musiała stać w progu, gdyż Erik bardzo dobrze ją słyszał. – To nie jakaś nora tylko apartament książęcy w Hotelu Monkijskim, będzie ci tam wygodnie, a na bankietach poznasz w końcu odpowiednich dżentelmenów.
A więc chodziło o narzeczeństwo... Smokobójca odsunął się od drzwi wyraźnie zawiedziony. Myślał, że sprawa będzie bardziej podniosła, a tu nieprzyjemne rozczarowanie. Nic ciekawego. Nagle usłyszał ciężkie kroki, dlatego spanikowany rzucił się w kierunku swojego miejsca przy stole, udając, że cały czas był zajęty spożywaniem posiłku. To księżniczka Doti wróciła do gościa i, jak przystało na przykładną gospodynię, załamała ręce.
– Bardzo mi przykro, że tak to się rozwinęło, ale chyba najlepiej będzie, jeśli pan już sobie pójdzie...
– Oczywiście. – Erik nie przejął się wyproszeniem. Znał gorsze sposoby na wyrzucenie intruza z domu. – Już i tak zdaje się, że nadużyłem pańskiej cudownej gościnności...
– Och, nie... Skądże... – Jeszcze przez chwilę wymieniali grzeczności, aż w końcu gość zabrał swoje manatki i opuścił dom Tremainów. Gdy to robił, składał szczere modły, by już nigdy więcej nie musieć tam wracać.
Dzień w stolicy był szary i pochmurny, chociaż ciepły. Zanosiło się, że niedługo będzie padać, więc smokobójca czym prędzej zasięgnął języka u jednego z przechodniów i szybko zorientował się jak krążyć po mieście. W końcu stolica też była neustijskim miastem budowanym na planie koła.
Chociaż Pigalak znajdował się na uboczu miasta i nie cieszył się dobrą sławą, późnymi popołudniami i wieczorami był prawdziwym centrum rozrywki, zrzeszającym neustijską bohemę. Szczególną popularność zdobyły tamtejsze teatry, specjalizujące się w fantastycznych kabaretach. Oczywiście, wyniośli panowie zarzekali się, że występy były skandaliczne i absolutnie nieobyczajne, ale gdy tylko zapadał zmrok, zasiadali w pierwszych rzędach, najgłośniej skandując imiona poszczególnych aktorek.
Występowała więc ruda Nina, o cudownym głosie, która śpiewała zabawne piosenki. Gibka Arrah o ciemnej karnacji, tańcząca z tak ulotnym wdziękiem, że momentami oglądający ją byli pewni, iż odleci. Szatynka Zylfia zabawiała publiczność ciętym i inteligentnym dowcipem, recytowała także sprośne wiersze. Była też Rosanna.
Gdy tylko wyszła na scenę, Erik zachłysnął się swoją miodową whisky. Te jasne kręcone włosy, biała skóra - już gdzieś to wszystko widział. Nari! Nie, nie Nari. Ona była niezbyt śmiałą i subtelną córką bankierów, podczas gdy aktorka na scenie z niebywałą pewnością siebie odstawiała komedię. Mała też znacznie bujniejsze kształty od Tremaine i nie tak urodziwą twarz, którą szpecił wyraźnie złamany w przeszłości nos.
– Panie kolego, widzę, że też spodobała się panu nasza Różyczka? – Do Erika podszedł jakiś blady chłopak w białym powyciąganym swetrze. Jego też już raz smokobójca widział, ale nie pamiętał gdzie dokładnie. - Winszuję gustu, ale radzę nie zapomnieć stawić się jutro do południa na centralnym komisariacie policji.

To był ten młody detektyw... Razem ze wszystkimi owacją pochwalił występ Rosanny, która odważyła się pokazać na scenie nieco więcej, niż przewidywał scenariusz. Reflektując, że jako jedyny nie dołączył do oklasków, smokobójca natychmiast poderwał się z miejsca. Musiał zostać dostrzeżony przez aktorkę, co zresztą z jego nietypowym kolorem włosów to nie było aż tak trudne. Blondynka uśmiechnęła się do niego, po czym dyskretnie wysunęła język i wskazała na niego palcem wskazującym. Najwyraźniej chciała, żeby poczekał na nią po skończonym spektaklu.

6 komentarzy

  1. Hejka.

    Przeczytałem książkę, więc zabieram się za dokończenie Twojego opowiadania.
    I jak zwykle, mam kilka uwag. Głównie do rzeczy związanych z logiką, bo gramatycznie i stylistycznie to, jak ostatnio zauważyłem przy poprawianiu jednego tekstu wrzuconego na bloga, sam mam z tym wielkie problemy. Praktyka czyni mistrza, a brak regularnej praktyki tylko cofa umiejętności.

    Pierwsza rzecz. "Niecałych" razem. I tutaj nie jestem pewien, czy nie lepiej by brzmiało słowo "niecałe". "Niecałe dwanaście godzin temu" vs "Niecałych dwanaście godzin temu". Wydaje mi się, że lepiej brzmi ta pierwsza wersja, ale mogę się mylić.

    Druga rzecz. Taka moja mała sugestia, żeby słowo "policja" zmienić na "milicja". Różnica tak naprawdę niewielka, ale jakoś tak milicja bardziej mi pasuje do takich klimatów.

    Piżama mnie rozbawiła trochę. Też niezbyt mi tutaj pasuje.

    "Niestety, ledwie przymknął powieki, gdy w całym pokoju rozległ się wrzask." - W tym przypadku miałem wrażenie, jakby ktoś po prostu krzyknął, będąc w pokoju. Potem napisałaś, że jednak głos dobiegał z innego miejsca. Trochę miesza.

    Odnośnie Wattpada: zastanawiałem się w sumie nad tym. Mogłabyś mi powiedzieć coś więcej? Jest bardziej popularny od bloggera, łatwiej dotrzeć do ludzi, i tak dalej? Bo jak być może wspominałem, sam chciałbym się dzielić swoją twórczością, ale jednak jestem typem osoby, u której słabo z regularnością.

    Pozdrawiam,
    graf zer0.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Siema, dobrze widzieć znowu Twoje komentarze. Nad "milicją" się zastanowię. Osobiście mam przed tym słowem opory, za bardzo kojarzy mi się z poprzednim ustrojem i prędzej dałabym go, gdyby akcja działa się w Trezonie (będącym w mojej głowie odpowiednikiem carskiej Rosji). Nad piżamą też medytowałam - chciałam dać "ineksprymable", ale ostatecznie doszłam do wniosku, że trochę głupio wygląda takie udziwnienie języka.

      Co do Wattpada, to myślę, że najlepiej będzie, jeśli sam spróbujesz. Nie wiem, czy jest popularniejszy od bloggera, gdy zakładałam konto chciałam zwyczajnie spróbować czegoś nowego. Obecnie wiele rzeczy mnie denerwuje na tej platformie: począwszy od niewielkich możliwości formatowania tekstu (brak opcji justowania, brak polskich akapitów, ogólna nędza w tym kierunku), a na częstych błędach platformy i problemach z ładowaniem strony skończywszy. Do tego dochodzi jeszcze ranking opowiadań, wymiana gwiazdkami i niezawsze najwyższy poziom literacki prezentowanych opowiadań (na palcach jednej ręki można policzyć opowiadania, które tam czytam). Kultura osobista użytkowników, jakkolwiek próbuję nie być uprzedzona do tego, też często pozostaje wiele do życzenia.
      Nie będę jednak ukrywać, że zdecydowanie łatwiej jest uzyskać feedback tam niż na bloggerze (zwłaszcza, jeśli jest się regularnie aktywnym). A chyba na tym nam najbardziej zależy, no nie? Dlatego mimo wszelkich wad, myślę, że warto byłoby byś spróbował i sam najlepiej ocenił, czy taka forma publikacji Ci przypasuje.

      Usuń
    2. Tak tylko zaproponowałem luźno. ; )

      Co to są te gwiazdki? W sensie, do czego służą?
      Nie zawsze najwyższy poziom opowiadań? Przecież zdecydowana większość autorek i autorów, w tym i ja, to totalni amatorzy, którzy piszą z lepszym lub gorszym skutkiem. Trudno wymagać, żeby ludzie pisali jak Stephen King czy Stanisław Lem. Gdyby tak było, to by przecież nie wrzucali swoich tekstów na blogi, a publikowali z pomocą jakiegoś wydawnictwa, prawda? ; )
      Szczerze mówiąc, to mnie nie zależy aż tak bardzo na feedbacku. Jasne, komentarze są miłe i fajnie usłyszeć, gdy robi się coś źle albo dobrze. Jednak w dalszym ciągu piszę dla siebie, a bloga traktuję jako platformę dla tych moich opowiadań. Ktoś będzie chciał, to przeczyta i może nawet sprawi mu to przyjemność. Kto wie? : )

      Usuń
    3. Te gwiazdki to taki odpowiednik lajków na fejsie. Poniekąd wpływają na ranking opowiadań w gatunku i tyle.
      Żeby nie było: nie każę ludziom pisać jak Lem, czy King. Zwyczajnie - jak na taki przemiał opowiadań, na które można trafić na Watt, zbyt często trafiam na opowiadania złe, albo skrajnie złe. I mówię o tym z całą odpowiedzialnością, bo wydaje mi się, że potrafię jeszcze rozróżnić od grafomani najeżonej dobrymi chęciami samodoskonalenia od... Takiego nie wiadomo czego. Szukania atencji, czy coś. Czasami gdy przeglądam wattpada i aktywność niektórych użytkowników, to czuję się jakby czas wrócił do mojej podstawówki z onet.pl w swoich najlepszych, emomartynkowych latach. Jak posiedzisz dłużej na tej platformie, to myślę, że sam też zaczniesz to zauważać + wattpad naprawdę nie pomaga w wyszukiwaniu nieodkrytych, mało popularnych opowiadań.

      Mi za to okropnie zależy na feedbacku, zwłaszcza, że mój "Smokobójca" to jeden wielki eksperyment. Chcę wiedzieć, który element historii czytelnicy uważają za najciekawszy, a który za nietrafiony. Co w moim stylu wymaga dopracowania, a co jest względnie dobre. Pewnie pisałabym dalej, nawet gdybym nie otrzymała od eteru żadnej odpowiedzi, ale nie ukrywam - świadomość, że ktoś czeka na kolejną część jest bardzo motywująca i zachęca do dalszego ciągnięcia historii. A chwila, gdy po publikacji rozdziału czekam na pierwsze reakcje - ekscytująca.

      Usuń
    4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    5. Uch, to pod tym względem może być jeszcze gorzej niż na bloggerze. Podlizywanie się, żeby wymienić się gwiazdkami. Ech.

      Na bloggerze też jest przecież sporo opowiadań, które są dość słabe. Sam często na nie trafiam. I nie, nie wywyższam się, że niby lepiej piszę, bo tak nie zawsze przecież jest.

      Wydaje mi się, że tutaj jednak łatwiej się wypromować. Są te wszystkie spisy opowiadań, które są całkiem popularne. Wystarczy się tam "zarejestrować" i potem raz na jakiś czas wrzucać informację o nowym poście.

      Wiem, rozumiem Cię. W szczytowym momencie na jednym blogu miałem kilkunastu obserwatorów, z czego część naprawdę komentowała moje opowiadania. Teraz większość z tych osób zaprzestała prowadzić swoje blogi, więc jednak ta posucha jest. ; ) Jednak świadomość, że moje teksty i cyberpunk ogółem się podobają, jest fajna.

      Ode mnie możesz śmiało oczekiwać, że będę Cię odwiedzał i czytał Twoje opowiadania, a także je czytał i komentował. Dla mnie to nie problem. : ) Poza tym, fajnie mi się spędza przy tym czas i lubię nawiązywać kontakt z autorami/autorkami. Miło jest porozmawiać z kimś, kto ma podobne hobby.

      Usuń

Smokobójca

Gdy Imperium toczy wojna domowa, a mniejsze państewka próbują umocnić swoją pozycję, na kontynencie smoki stają się niechcianymi szkodnikami, które niszczą wioski i kradną złoto. Zawód smokobójcy staje się coraz bardziej zyskowny, a wielu próbuje swoich sił w starciu z gadami, jednak tylko nieliczni są w stanie zdobyć kilkuletnie doświadczenie. Erik sam siebie uważa za najlepszego w tej nietypowej profesji, jednak szybko okazuje się, że zabicie smoka jest dopiero początkiem jego problemów. Niespodziewanie staje się jednym ze świadków morderstwa i musi odkryć kto zabił starego bankiera.

Poszukiwany

Podjęte w przeszłości decyzje miały konsekwencję, które Erik nie do końca przewidział. Trudno stwierdzić, czy jakość jego życia wzrosła czy zmalała. Z pewnością było zupełnie inaczej, niż się spodziewał, dlatego w końcu padną pytania, na które nigdy nie chciał odpowiadać.
W tym samym czasie, zaskoczony nieoczekiwanym rozwiązaniem prowadzonej przez siebie sprawy, detektyw Salar zaczął coraz głębiej drążyć w przeszłości rodziny Tremaine. Uzyskane odpowiedzi w niepowołanych rękach mogą okazać się bardzo niebezpieczne dla całego kraju.
W Trezonie sprawy zaczynały przybierać zły obrót dla Białych. Błękitna Księżniczka rozpoczęła wojnę totalną i nie zamierzała się wahać, by ostatecznie przejąć władzę w Imperium.
Świat nie zmienił się jakoś szczególnie odkąd zamordowano pana Tremaine. Imperium dalej walczyło samo ze sobą, a smoki nadal były traktowane jak szkodniki, które napadały na wioski i kradły złoto. Zawód smokobójcy cały czas pozostawał bardzo zyskowny, tylko czy warto ponosić ryzyko, gdy już nie jest się samemu?

Imperium

W zależności od miejsca pochodzenia historyka, kroniki różnią się opisem Upadku Isarii. Trezońscy kronikarze w swoich zapisach podkreślali niewątpliwy talent polityczny imperatora Artema. Przez potomnych został on nazwany Artemem Żelaznym, bowiem jego wola - niczym żelazo - łatwiej pękała niż uginała się. Badacze historii z innych państw natomiast uwielbiają umniejszać jego dokonania, przypisując część pomysłów jego faworycie, księżniczce Aili. Jak było naprawdę? Trudno powiedzieć. Jedno jest pewne, nawet w najbardziej fantastycznie brzmiącej legendzie tkwi ziarenko prawdy.