środa, 8 czerwca 2016

6. Zysk

Histeryczny krzyk pokojówki „TO ONI! TO ONI", wskazujący na dwoje młodych ludzi prawdopodobnie na zawsze wyryje się w pamięci śledczego Salara. Już dawno nie miał do czynienia z czymś takim, bo gdy zapytał nieszczęsną kobiecinę, czy widziała zdarzenie, otrzymał odpowiedź przeczącą. Drążąc temat, nie dowiedział się od niej niczego szczególnego, poza tym, że ich pojawienie wydawało jej się podejrzane. Co miała na myśli? Nie do końca wiadomo. Jej histeria uniemożliwiła dalsze przepytywanie, dlatego Salar polecił odesłać ją do domu, wezwać medyka i przepytać ponownie, gdy trochę się uspokoi.
– Jej oskarżenie było niepokojące – przyznał na głos, paląc swoją wysłużoną, drewnianą fajkę. – Ale sami rozumiecie państwo, że to za mało, bym mógł was od tak aresztować. To nie wieki ciemne, by polegać jedynie na słowie.
Narietta Tremaine, blondynka o wyjątkowej urodzie zaciskała dłonie na grubym wełnianym szalu, który miała narzucony na ramionach. Oczy miała zaczerwienione, widać było, że z trudem powstrzymywała łzy, ale starała się być jak najbardziej użyteczna.
– Ale dlaczego Lota wskazała nas? To przecież mój dziadek, a Erik to już w ogóle nie ma z tym nic wspólnego!
Mężczyzna, który przedstawił się jako Erik Veleno, stał tuż obok niej. Sam twierdził, że jest smokobójcą z dużym dorobkiem, ale Salar miał już okazję spotkać osoby o tej profesji i wyglądali zupełnie inaczej. Wielcy i tędzy, poorani licznymi bliznami na ciele, twarzy i duszy, nierzadko pozbawieni kończyn. Przy tych obrazkach ten rudy młodzian wyglądał raczej jak nieopierzony debiutant niż jak ktoś od niemal dziesięcioletnim doświadczeniu w zabijaniu smoków. Detektyw podejrzewał, że historie jego przygód były niemniej fantastyczne, niż powieści Edgarlana Pola. Jednocześnie rozumiał szczawika, któremu bogata kochanka mogła dać mu przez jakiś czas bardzo wygodne życie.
– Podstawowym założeniem w śledztwie, jest stwierdzenie, że uczynił ten, kto coś zyskał – wyjaśnił policjant. – Możliwe, że służąca dostrzegła jakąś nadzwyczajną korzyść dla was, która wypływała z nagłej śmierci pana Tremaine? – Dziewczyna stanowczo pokręciła głową.
– Ale to mogło być wszystko. Od biedy, każdy może sobie ubzdurać, że Nari zabiła go dla spadku, a przecież to niemożliwe, bo w chwili gdy to zaszło rozmawiałem z nią we foyer, przy drzwiach – odezwał się po dłuższej chwili smokobójca.
– Czy poza waszymi wzajemnymi zeznaniami, coś jeszcze temu dowodzi? – zapytał Salar, a widząc zdziwione spojrzenia pary świadków dodał: – Państwo rozumieją... Muszę wziąć pod uwagę współpracę, albo... No nie wiem, krycie jednej strony przez drugą przez wzgląd na... jakieś żarliwe uczucia...
– Nie! – zaprotestowali jednocześnie. Erik odchrząknął, nieudolnie próbując ukryć zmieszanie, a Narietta spłonęła szkarłatnym rumieńcem. – Nie łączą nas żadne romantyczne relacje, jeśli o to panu chodzi...
– Nawet przyjacielskie – dodał smokobójca, chowając ręce w kieszeniach spodni. – A jeśli potrzebuje pan dodatkowego dowodu, to proszę zapytać tego chłopaka. – Wskazał na sekretarza denata. – Wyprowadzał mnie z gabinetu pana Tremaine i z całą pewnością widział mnie, póki nie podjąłem rozmowy z Nariettą.
Salar westchnął, mocno zaciągając się dymem z fajki. Jeśli zeznanie smokobójcy jest prawdziwe, musiał zmienić kierunek śledztwa. Na początku myślał, że trafiła mu się historia rodem z dramatów romantycznych, ale życie znowu okazało się płatać figle.
– Rozumiem... Wobec tego nie mam więcej pytań do państwa, ale proszę, byście do czasu zakończenia śledztwa pozostawali do dyspozycji policji, na miejscu...
– Dobrze – zgodziła się natychmiast dziewczyna. Erik zdradzał pewną opieszałość, ale ostatecznie również się zgodził.
– Mam tylko nadzieję, że nie potrwa to zbyt długo – rzucił na sam koniec.
– Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by jak najszybciej odkryć tożsamość mordercy. – Standardowa formułka musiała wystarczyć na odpowiedź. – Do widzenia państwu.
Policjant skinął głową na parę i odszedł. Musiał jeszcze porozmawiać z kilkoma świadkami i raz jeszcze obejrzeć miejsce zdarzenia. W głowie huczała mu stara paremia, uczynił ten, kto odniósł korzyść. Potomstwo starego pana Tremaine z pewnością wraz z jego spadkiem odniosło ogromną korzyść z jego śmierci, ale co z tego?
– Paskudna sprawa. Bez cienia wątpliwości przyczyną zgonu było poderżnięte gardło – zawyrokował koroner. Był nobliwym lekarzem w tym samym wieku co denat i od lat współpracował z policją, pomagając ustalić przyczynę zgonu. – Idealnie równe krawędzie dowodzą, że Tremaine zginął od jednego, perfekcyjnego cięcia.
– Co to mogło być? – zapytał Salar, wracając do wnętrza domu. Pozostali funkcjonariusze powoli zaczynali sprzątać swoje stanowiska.
– Jeszcze nie znaleziono narzędzia zbrodni. – Do rozmowy dołączył Lir, świeżo upieczony adept szkoły policyjnej. Nie wyglądał na okaz zdrowia. Wątły i blady, czasami wyglądał na jednego z tych ekstrawaganckich poetów, którzy włóczą się po pubach, ale Salar już niejednokrotnie zdążył się przekonać, że pod tą rozczochraną głową kryje się niegłupi intelekt. – Przeszukaliśmy cały gabinet i większość parteru, ale nie mamy nic.
– A śmieci, synu? – zaproponował lekarz.
– Niczego podejrzanego w nich nie ma. Sam to sprawdzałem. – Wzrok młodego chłopaka utkwił gdzieś za detektywem Salarem. Wpatrywał się w to coś tak intensywnie, że jego mentor musiał zobaczyć na własne oczy, co tak mocno przykuło uwagę Lira.
To było bardzo nie na miejscu. Policjant doskonale rozumiał, że młoda dama jest zszokowana i roztrzęsiona. Bez cienia wątpliwości potrzebuje teraz oparcia na solidnym męskim ramieniu, a rzekomy smokobójca gotowy był go jej udzielić. Jednak na słodkich bogów! Mogliby nie obściskiwać się tak na środku podwórka, gdy wokół kręciło się tylu obcych ludzi.
– Czego właściwie powinniśmy szukać?
– Wszelkich nadzwyczajnie ostrych narzędzi – odpowiedział natychmiast lekarz. – Jedyne cięcie, które zadano było bardzo czyste. Musiało zostać wykonane czymś przygotowanym na taką okazję. Może świeżo naostrzony nóż? Na zwłokach brakuje też jakichkolwiek śladów walki, więc nieboszczyk musiał pozwolić mordercy zbliżyć się do siebie, by ten zdołał zadać cios.
– Innymi słowy, ofiara znała swojego mordercę? – zapytał Lir, drapiąc się po swojej skąpo owłosionej brodzie. To był jego tik, zdradzający, że ma już jakąś teorię na temat tych wydarzeń. – Stawiam na dziewczynę! – Koroner udawał iż nie usłyszał ostatniego komentarza, podczas gdy Salar bez ogródek pacnął młodego w głowę.
– Nie wolno nam skazywać nikogo, póki nie znajdziemy dowodów! – upomniał podopiecznego, chociaż sam w głębi duszy również był przekonany, że za morderstwem stoi jedno z gołąbeczków. Tylko on obstawiał raczej tajemniczego smokobójcę, który wziął się nie wiadomo skąd i natychmiast okręcił wokół siebie uroczą pannę Tremaine. Jej dziadek z pewnością wykazywał większą ostrożność przy ocenianiu przybysza, co mogło nie spodobać się panu Veleno. Szybko jednak przywołał się do porządku. Nie można niczego zakładać, póki nie zdobędzie wszystkich dowodów i przesłucha świadków. Zbyt pochopne działanie może doprowadzić do prawdziwej tragedii.
– Zresztą dlaczego to miałaby być akurat ona, synu? – dopytywał lekarz. Widać było, że i on liczył na jakąś ciekawą zagadkę. Po miesiącach spędzonych na ściganiu emancypantek, które niszczyły sklepowe witryny, dobrze było zająć się zbrodnią z prawdziwego zdarzenia.
– Bo zakochane kobiety są bardzo głupie – wytłumaczył bez ogródek młodzieniec, wywołując pełen politowania uśmiech na pooranej zmarszczkami twarzy Salara. – Myślę, że jej zniknięcie, które zgłoszono przed dziesięcioma dniami to była zwyczajna ucieczka. Porwanie przez smoka? Przecież one nie zbliżają się do miejsc gęsto zamieszkanych przez ludzi! A już na pewno nie porywają niepostrzeżenie panien z ich własnych łóżek.
Detektyw musiał przyznać rację partnerowi. Zeznanie o spotkaniu smoka było bardzo mocno kulawe. Żaden człowiek, chcący brzmieć poważnie, nie opowiedziałby o tym policji, jako przyczynie zniknięcia. Jednocześnie właśnie to utwierdzało Salara w przekonaniu, że dziewczyna i smokobójca mówią prawdę. Gdyby zmyślali, wymyśliliby coś bardziej racjonalnego.
– Uciekała za tym swoim absztyfikantem – ciągnął swoją teorię Lir – ale bardzo szybko okazało się, że życie nie jest różowe, więc wróciła, by wyłudzić od starego pieniądze. A gdy odmówił, zabiła go.
– Urzekła mnie ta historia. Marnujesz się w policji, synu. Powinieneś raczej pisać powieści niż śledzić przestępców – stwierdził lekarz, dobrotliwie klepiąc młodego po ramieniu. – Zrobiłbyś prawdziwą karierę.
– Mogę to udowodnić! – zaprotestował natychmiast Lir.
– Nie masz niczego udowadniać, tylko odkrywać. – pouczył chłopaka Salar. – Prawdę. Kto, jak, czym, dlaczego, co zrobił. A żeby odkrywać prawdę nie możesz zakładać niczego. W innym przypadku zaczniesz dopasowywać dowody do swojej teorii i możesz nawet doprowadzić do skazania niewinnego człowieka.
– Absolutna racja – zgodził się z detektywem lekarz. – Wiem, że gwałtowna młodość rządzi się swoimi prawami i chcesz się wykazać, synu, ale detektyw Salar ma rację. Nie można nikogo osądzać bez posiadania żelaznych dowodów. Wobec tego, na razie osobą podejrzaną może być każdy, kto przebywał w domu w chwili morderstwa.
Starszy z detektywów wyciągnął z kieszeni prochowca swój wysłużony notesik oprawiony w brązową skórę i przejrzał notatki zrobione w czasie obchodu.
– Obecnych było wtedy siedem osób. Dwie pokojówki, Lota i Reva, sekretarz Kubert, kucharz Milan, pan Veleno oraz pan i panna Tremaine. To Lota odkryła ciało, a Kubert wezwał policję – wyjaśnił krótko sytuację Salar. – Oczywiście nikt nic nie słyszał, nikt niczego nie widział, nikt o morderstwie nie wiedział, póki... – Detektyw przerwał nagle, zauważając kierującego się w ich stronę smokobójcę. – Coś się stało, panie Veleno?
– Tak, Narietta wpadła w histerię, w ogóle nie mogę sobie z nią poradzić. Może doktor ma jakieś proszki, które by jej pomogły?
– Oczywiście! – Wywołany lekarz zerwał się z miejsca. Przez chwilę z wyraźnym zakłopotaniem rozglądał się dookoła. – Gdzie moja torba?
– Zdaje się, że widziałem ją w gabinecie – odpowiedział Lir, wyraźnie siląc się na uprzejmy ton. Medyk pośpiesznie pożegnał się z policjantami, jak zwykle obiecując swoją pomoc na każdym etapie śledztwa, a smokobójca odszedł razem z nim. – Myślisz, że słyszał, jak oskarżałem dziewczynę?
Salar wzruszył ramionami.
– Kto wie? Mówią, że kąpiel w krwi własnoręcznie zabitego smoka wzmacnia ciało i wyostrza zmysły...
– Wioskowy zabobon! – Zaprotestował natychmiast młodszy policjant. – Najnowsze badania biologiczne wyraźnie wskazały, że smocza krew nie ma żadnych specjalnych właściwości!

Detektyw nie odpowiedział. Wpatrywał się z uwagą w pana Veleno, który szedł sprężystym krokiem obok lekarza i miał wrażenie, że już gdzieś widział twarz i czerwoną czuprynę smokobójcy. Może w któreś z kartotek kryminalnych? Sam nie był do końca pewny. Nie umknął jednak jego uwadze bardzo poufały ton, którym zwracał się do panny Tremaine. Żaden Neustijczyk nie zwracałby się w ten sposób do niedawno poznanej panny. Najwidoczniej ktoś coś tutaj ukrywa – zadaniem Salara było odkryć jego tajemnice. 

5 komentarzy:

  1. Blog został dodany do Katalogu Euforia.
    Pozdrawiam, Białko :>

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam.

    Jedna porada dotycząca prowadzenia bloga: pod wcześniejszymi postami widziałem komentarze jednej osoby, które pozostały bez odpowiedzi. Strzał w kolano i już wyjaśniam dlaczego.
    1. Komentarz bez odpowiedzi może zostać odebrane jako olanie przez autorkę/autora bloga. Człowiek się produkuje, napisze ten komentarz, nieważne jakiej długości, a autor nie odpisuje. Prędzej czy później czytelnik się zniechęci i przestanie pisać, bo po co, skoro autor i tak ma to gdzieś.
    Ja chociażby nie czytam blogów, na których komentarze zostają bez odpowiedzi. Autorom zależy na komentarzach, ale jeśli nie poświęcają swojego czasu na odpisanie na komentarz, po co mam w ogóle jakiś napisać?
    Na mój poprzedni komentarz, ten z linkiem do innego bloga, również brak reakcji. Aż się nie chce pisać, bo sytuacja może się powtórzyć.
    2. Każdy komentarz to +1 do cyferek, a to bardzo działa na psychikę ludzi. Wchodzisz na bloga, widzisz, że ma dziesięć tysięcy wyświetleń - pewnie jest czytany przez dużą liczbę osób. Widzisz sporą liczbę komentarzy pod postami - Masz potwierdzenie, że ktoś czyta. I nawet jeśli to w większości są komentarze tylko jednego czytelnika i odpowiedzi autora, to i tak się liczy do statystyk. Plus odpowiadanie na komentarze sprawia, że ta druga osoba też odpowie i pojawia się kolejne wyświetlenia. No i będziesz miała wizerunek osoby, która lubi rozmowy z czytelnikami.
    Dlatego dbaj o nich i dobrze Ci radzę, odpowiadaj na każdy komentarz jaki się tylko pojawi. Obserwuje Cię siedem osób, a ja widziałem komentarze tylko od dwóch, w tym mnie. To taki mój wywód.

    Teraz rozdział.
    Dobrze, że nie zapomniałaś o przydupasie dziadka. Powinien się jednak bardziej udzielać, w tym i we wcześniejszym rozdziale, bo teraz jest taką bezpłciową kupą. Niby jest, ale sam opis nie jest wystarczający i równie dobrze mogłoby tego chłopaka po prostu nie być.

    "Jednocześnie rozumiał szczawika, któremu bogata kochanka mogła dać mu przez jakiś czas bardzo wygodne życie." - przeczytaj raz jeszcze to zdanie i zobacz, co nie gra.
    Literówek żadnych nie wyłapałem, ale nie zajmuję się korekcją tekstów, żeby specjalnie ich szukać.
    W tym rozdziale dialogi już nie kleją się tak dobrze, jak w interludium. Ale to tylko moje odczucia.

    Pozdrawiam,
    Neuromanc3r-.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, że w czasach gdy wskazane jest mieć określone zdanie na każdy temat (a najlepiej byłoby, by było ono skrajne) to dziwne, ale uważam, że jeśli nie ma się czegoś ciekawego do powiedzenia, lepiej milczeć. Dlatego odpowiadam, kiedy widzę, że coś odpowiedzi potrzebuje, bądź kiedy chcę się z jakąś myślą podzielić. Nie jestem z tych, którzy koniecznie potrzebują postawić swoje zdanie na samym końcu.

      Co do rozdziału - wiem co chcę przedstawić swoim opowiadaniem, więc jeśli myślisz, że zapomnę o jakimś wątku albo bohaterze, to trafiłeś kulą w płot ;)

      Usuń
    2. Nie chodziło mi o to, żeby mieć zdanie na każdy temat, a głównie o to, żeby podziękować za komentarz. Każdy podchodzi do tego zupełnie inaczej. Niektórzy autorzy zabiegają wręcz o komentarze. Bo budują pewność siebie. Bo budują wartość opowiadania. Bo pokazują, że ktoś to czyta. Bo pokazują, jak ludzie odbierają całość opowiadania, jak odbierają konkretny rozdział. Dla niektórych, jak na przykład dla mnie, komentarze nie są aż tak "potrzebne" do życia. Fakt, to miłe, jak opowiadanie spotyka się z odzewem, jak czytasz czyjeś opinie, ale w gruncie rzeczy piszę dla siebie, a nie dla poklasku. A blog to miejsce, w którym mogę to sobie pokazać i zareklamować, bo może komuś się spodoba i umili czas. Żadna tam chęć bycia sławnym czy coś.

      Tak samo nie musisz się rozpisywać ani nic z tych rzeczy. Wystarczy krótkie "Dziękuję za komentarz. Smiley Face." I tyle.

      Żeby nie było: nie pouczam Cię, tylko dzielę się z Tobą moimi przemyśleniami.

      Z tym zapominaniem to akurat uderzałem w swoją stronę, bo często mi się to zdarza. X) Dobrze, że inni tak nie mają. ;)

      Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
    3. Tylko krótkie "dziękuję"? Nieee... Może tego nie widać, ale jestem ogromną zwolenniczką długich, rozpasanych komentarzy i szczerze wierzę, że jednolinijkowce są przyczyną zagłady małych, puchatych króliczków. Druga rzecz, której nie ma co ukrywać, tego bloga traktuję raczej po macoszemu w porównaniu z wattpadem, bo i większość opinii, które otrzymuję pochodzą raczej z tamtej platformy.

      Co do zapomnianych bohaterów: lubię przed rozpoczęciem pisania zrobić sobie ich listę z uwzględnieniem ich roli w historii. Dzięki temu się nie gubię, datego gorąco polecam ten sposób.

      Usuń