sobota, 4 czerwca 2016

1. Zielony smok

Informacje, które Erik otrzymał w wezwaniu od okolicznych mieszkańców były tyle niepokojące, co enigmatyczne. Wszyscy zapytani o to górale zgodnie twierdzili, że smok był zielony, ogromny i podobno atakował nie tylko owce, ale również pasterzy i owczarki. Na pytanie, czy ktoś został bezpośrednio zaatakowany i może powiedzieć na temat szkodnika coś więcej odpowiedziało mu powszechne oburzenie. „To musi stać się tragedia, żeby ktoś zaczął nas bronić?" - dopytywał wójt gminy  najbliżej smoczej jamy.

Nie, smokobójca nie potrzebował tragedii, by chcieć zgładzić smoka. Wystarczyła mu odpowiednia zapłata, by zaryzykować życie w starciu z gadem. Tak, cena jego usług mogła okazać się problemem. „Nie mamy wystarczająco dużo złota na tak nieprzewidziane wydatki" - szczerze przyznał jeden z radnych, co zdaniem Erika przesądzało sprawę. Nie był bohaterem, który naraża się za darmo. Już miał zakończyć te rozmowy, gdy jeden z radnych zaproponował, że zapłatą Erika może być smocze złoto. W takiej ilości, w jakiej uzna to za słuszne.
Młody mężczyzna uznał, że jedyną słuszną ilością złota w tym przypadku będzie udźwig jego żółtego automobilu, dlatego właśnie parkował go nieopodal wejścia do jednej z górskich jaskiń. Według plotek to właśnie gdzieś w okolicy zalągł się gad. Erik rozejrzał się po górskim terenie. Wszystkie skalne szczeliny wydawały mu się równie mroczne i ponure.
– Świetnie – mruknął sam do siebie smokobójca. Wiele wskazywało na to, że czekał go długi dzień spędzony na przeszukiwaniu jaskiń. Znając swoje szczęście, obstawiał, że właściwą okaże się ostatnia, którą wybierze. Niespodziewanie z pomocą przyszedł mu krzyk. Wysoki i lekko ochrypnięty, niósł się echem po górach. Przeklinając swój fach, Erik szybko schował za pas rewolwer, poprawił rapier i ruszył na spotkanie z przeznaczeniem.
Jaskinia okazała się być zaskakująco jasna. Przyzwyczajony do mrocznych miejsc, Erik był szczerze zdziwiony, gdy w głębi jamy zaczęły pojawiać się coraz częściej iluminujące kamienie, dzięki którym w jej wnętrzu było całkiem widno. Co jednocześnie ułatwiało i utrudniało sprawę, ponieważ sztuka podkradania w wydaniu smokobójcy zdążyła zardzewieć.
Z każdym kolejnym krokiem, który Erik stawiał z niemal kocią zręcznością, jego serce zaczynało bić coraz mocniej. Krew pulsowała szybciej, przyjemnie szumiąc w uszach. Uwielbiał to uczucie. Nogi powoli zaczynały przypominać watę, ale nie drżały i bezszelestnie posuwały się naprzód.
Brzęk metalu zdradził obecność gada. Próbując ukryć grymas samozadowolenia smokobójca ostrożnie sięgnął po rewolwer, gotowy w pierwszym geście zranić smoka, może nawet go oślepić i pozbawić możliwości lotu. Błony skrzydeł od zawsze były ich słabością. Później będzie mógł odrzucić rewolwer, charakterystycznie śmierdzący spalenizną, co skonfunduje bestię i uniemożliwi jej trafne zlokalizowanie jego obecności. Rozproszona i bezbronna, będzie łatwym celem dla Erika. To był niegłupi plan. Który nie wypalił, w momencie gdy smokobójca dostrzegł jasną postać siedzącą na ziemi i pobrzękującą od czasu do czasu łańcuchami.
– Co?! – zdradził się głupio Erik, podchodząc bliżej. Postać okazała się być nagą dziewczyną, która, obiektywnie rzecz biorąc, była piękna. Miała jasną skórę, białą prawie jak mleko, zgrabne ciało i kaskadę długich włosów w kolorze kości słoniowej. Jej twarz była czerwona i nieco opuchnięta - w końcu bardzo mocno płakała, a z wąskiego noska ciekła krew, tak samo szkarłatna jak usta. Na prawym policzku, tuż pod okiem, odznaczał się jeden z licznych na jej ciele fioletowo-żółtych siniaków.
– Trzymaj. – Erik podał dziewczynie chusteczkę, chociaż doskonale wiedział, że powinien raczej oddać jej swój płaszcz. Musiał kilkukrotnie udzielić sam sobie reprymendy, nim udało mu się przezwyciężyć zwierzęce pragnienie bezczelnego oglądania każdego skrawka tej jedwabnej skóry. Mimowolnie oblizał suche wargi, co wzbudziło w dziewczynie jeszcze większą trwogę. Nieudolnie próbowała skryć się przed jego wzrokiem za skutymi grubymi kajdanami rękoma.
Te piersi, słodkie jak pączki – krągłe i wystarczająco duże, by nie mieściły się w małych dłoniach dziewczyny. Nogi, długie i smukłe, pokryte były niezliczoną ilością siniaków. Wąskie ramionka przechodziły łagodną linią w łabędzią, równie posiniaczoną szyję. Para idealnie wysklepionych obojczyków. Nieco zapadnięty brzuszek. Oczywiście była trochę brudna, ale zważywszy na okoliczności, wyglądała jak zakurzone dzieło sztuki.
– Skończyłeś już oceniać czy jest warta twojego cennego czasu? – Erik drgnął, usłyszawszy niski, skrzeczący głos. Zaaferowany dziewczyną, nie zwrócił uwagi kiedy gospodarz wrócił do swojej jaskini.
– Właśnie dlatego – zaczął smokobójca, próbując rozpaczliwie wymyślić na poczekaniu jakiś sensowny plan – uwielbiam zielone smoki. Nie gromadzicie tyle złota, co czerwone, ani nie jesteście takim wyzwaniem, jak czarne. Za to dziewczyny – Mężczyzna odwrócił się na pięcie. – wybieracie pierwsza klasa.
Zastany widok nie był zupełnie tym, czego Erik się spodziewał. Gdy ludzie z okolicznych miast i wiosek wzywali na pomoc smokobójcę, zapewniali go, że będzie miał do czynienia z najstraszniejszą zieloną gadziną na tym kontynencie. Tymczasem, smok przed nim mierzył nie więcej, niż dziesięć stóp długości, jego cielsko było wielkości młodego konia, a skrzydła miał zrośnięte z przednimi kończynami, jak wiwerny. Dla smokobójcy z doświadczeniem Erika nie był to żaden przeciwnik.
Bestia z rykiem rzuciła się w kierunku mężczyzny. Jej ciało nienaturalnie wydłużyło się, a szczęka kłapnęła dziko w powietrzu. Erik błyskawicznie uskoczył przed atakiem. Nie czekając na kolejny atak, dźgnął smoka w oko. Gadzina wydała z siebie głośny skowyt, szarpnąwszy się. Smokobójca jednak nie ustępował i wbił ostrze jeszcze mocniej, aż wyszło z tyłu czaszki. Smok padł, chociaż jego ciało ciągle jeszcze drgało.
– Chyba nie powiesz mi, że to dopiero przystawka przed prawdziwym starciem? – upewnił się, w końcu podając dziewczynie swój wełniany płaszcz.
– Nie, był tylko jeden.
– Świetnie! – Smokobojca wyrwał z padliny swoją broń. 
"Mroźny Kieł" należał do jego rodziny od pokoleń i zawsze gdy trzymał go w dłoni, błyszczał niepokojąco. Rapier wykonany z uszlachetnionej stali był znakomitej jakości, najwięksi władcy nie pogardziliby nim w swojej kolekcji. Rodzinna tradycja mówiła, że został zahartowany przez jednego z przodków Erika w samym sercu Bieguna Północnego. Nie opuszczając broni, mężczyzna rozejrzał się po jaskini, w poszukiwaniu stosów smoczego złota.
Leże bestii ukryte było kilkadziesiąt jardów od wejścia do jaskini. Zwykle podobne mu smoki zagnieżdżały się w zupełnych ciemnościach, gdzie podobnie jak inne gady, posługiwał się nadzwyczajnym węchem. Ta jaskinia była jednak trochę inna. Kamienie w środku świeciły na zielono i niebiesko, powodując, że było tu jasno, jak na zewnątrz, w czasie zmierzchu.
– Jest w skrzyni – poradziła mu dziewczyna. Erik co prawda jeszcze nigdy nie spotkał smoka, który chowałby swoje skarby – zwykle te gady wolały układać je w stosy, na których mogły się wylegiwać, ale zachował tę uwagę dla siebie. Co gorsza, skrzynia okazała się być niewielką szkatułą, której zawartość mogła ledwie zaspokoić gażę smokobójcy. Widocznie mały smok miał małe ambicje.
– Co ty robisz? – Dziewczyna zjeżyła się, widząc jak Erik bezceremonialnie zabiera skrzynkę. – Nie twoje to nie rusz!
– To zapłata za moje usługi – wytłumaczył smokobójca. – Przecież nie zabijam tych gadów dla wiecznej chwały i przygody.
Złoto pobrzękiwało cicho, gdy Erik pewnie ruszył do wyjścia. Spostrzegłszy, że dziewczyna nie ruszyła za nim, rzucił przez ramię:
– Na zewnątrz jest mój automobil, jak chcesz, to za całusa albo dwa podwiozę cię do domu.
– Daleko mieszkam – usłyszał w odpowiedzi.
– To będziemy rozliczać się na bieżąco – zaśmiał się smokobójca. – Ale jeśli wolisz zasuwać na piechotę, to też dobrze, tylko wcześniej oddaj mi płaszcz. 
Dopiero ostatnia sugestia podziałała na wyobraźnię dziewczyny, która ruszyła w ślad za nim. Erik pobrzdąkiwał zdobytym złotem, a ona założonymi kajdanami.
– Jak smokowi udało się je założyć? – zapytał Erik, gdy w końcu wyszli z jaskini. Zimny wiatr uginał drzewa i mężczyzna natychmiast poczuł brak swojego cieplutkiego płaszcza. Jaskinia smoka znajdowała się w połowie drogi do ośnieżonego szczytu góry.
– Co takiego?
– Kajdany – smokobójca otworzył bagażnik swojego wehikułu, gdzie wsadził skrzynkę obok dużego, skórzanego kufra, którego zawartość zaczął przeszukiwać. – Jak smok ci je założył?
– Ja... Nie wiem... – oznajmiła mu blondynka.
– Nie wiesz? – Trzask zamykanego bagażnika rozniósł się echem.
– Jednego wieczoru wszystko było normalnie, byłam w domu, a następnego ranka, ja... Ja... – Nagły spazm targnął ciałem dziewczyny, a z jej nosa na nowo pociekła gorąca krew. Erik zaś w duchu zaklinał ją na wszystkie świętości, by jego płaszcz pozostał niezapaskudzony.
Ej, bez takich. Jak będziesz dalej tak mocno płakać, to nie będziesz mogła mnie pocałować, a bez pocałunku nie będzie podwózki. Ręka. – Biały kieł błysnął w dłoni smokobójcy, gdy przejechał nim wszerz żelaznej obręczy kajdan. Ślad po zębie niemal natychmiast rozgrzał się do czerwoności, wywołując stłumiony pisk. Mężczyzna z wprawą uwolnił dłoń dziewczyny. – Druga. – Chwilę później obydwie jej ręce były wolne. – Kieł ognistego smoka jest w stanie stopić właściwie wszystko – wyjaśnił lakonicznie zjawisko Erik. – A teraz mój pocałunek.
Całus był krótki, nieśmiały i trochę naiwny. Właściwie to ledwie musnęła jego usta, co zważywszy na ich sytuację - przecież uratował ją ze szpon okrutnego smoka - było całkowicie niestosowne.

– Zasłużyłem na więcej! – zaprotestował ze złością, ale widząc, że dziewczyna jest na granicy wybuchu histerii, zrezygnował z dalszych roszczeń. – Dobra, nieważne... Możesz wsiadać.

8 komentarzy:

  1. Witam.

    Brak akapitów. Przeczytam, jak się pojawią.

    Pozdrawiam,
    Neuromancer.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, to dziwne. Zaraz napiszę do autorki szablonu i zapytam, jak je zrobić w CSS. Wieka szkoda, że nie chcesz przeczytać, ale zawsze zapraszam z powrotem =)

      Usuń
    2. Nie jestem masochistą i wolę, gdy tekst jest ładnie sformatowany.

      Jeśli jednak chodzi o sam szablon, to podziwiam pomysłowość i to rozwijane menu. Całkiem sprytne.

      Pozdrawiam,
      Neuromancer.

      Usuń
    3. Tak, kunszt grafików z Wioski Szablonów robi wrażenie. Bardzo lubię szaty ich autorstwa, bo chociaż są misterne, to nie popadają w przerost formy nad treścią i idealnie nadają się do długich postów.

      Sama też lubię dobrze sformatowane teksty, dlatego absolutnie nie potępiam Twojej decyzji. Na całe szczęście, w końcu udało mi się przywrócić akapity, dlatego mam nadzieję, że z chęcią zabierzesz się za czytanie, a moje opowiadanie przypadnie Ci do gustu.

      Usuń
  2. Witam raz jeszcze.

    Warsztat jest poprawny. Ani mnie nie zachwycił ani nie sprawił, że miałbym chęć przerwania czytania.
    Kłóciłbym się z tym echem. Lubi się odbijać od ścian, tym bardziej w górach i trudno mi powiedzieć, czy dzięki niemu dałoby się zlokalizować właściwą jaskinię.
    Tak samo nie wiem, czy pojedynczy strzał z rewolweru mógłby pozbawić smoka możliwości latania. Kula uszkodziłaby skrzydła, ale dziura po niej nie byłaby aż tak duża, by przeszkodzić w lataniu. O ile w ogóle by trafił. Fakt faktem mógłby wystrzelić tych kul więcej, ale i tak ciężko określić efekty ostrzału.
    Główny bohater niespecjalnie przypadł mi do gustu, głównie z racji jego tekstów.

    Pozdrawiam,
    Neuromancer.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć, dobrze znowu widzieć Twój awatar =) Cieszę się, że mimo moich drobnych problemów z formatowaniem tekstu wróciłeś i przeczytałeś pierwszy rozdział.
      Zdaję sobie sprawę, że początkowe rozdziały są raczej topornie napisane - staram się jak mogę i próbuję do nich wrócić, poprawić bądź spróbować pisać je od początku, niestety na razie nie mam go tego głowy. Słyszę za to, że dalej jest lepiej, więc może skoro nie miałeś chęci przerwania czytania - zerknij dalej i powiedz co myślisz?
      Z echem to fakt, nie przemyślałam tego do końca i prędzej czy później wrócę do tego. Ale co do smoków - w moim świecie to w sumie delikatne i silnie unerwione stworzenia. Błony ich skrzydeł są stosunkowo cienkie, więc nawet jeśli dziurka po kuli była mała to w momencie, gdy taki gad poderwałby się do lotu opór powietrza z dołu przez tę małą dziurkę albo rozrywałby ją do większych rozmiarów, albo powodował okropny ból. A przynajmniej tak to sobie tłumaczę - czy powinnam jednak te wyjaśnienia zamieścić w tekście? Nie są zbyt nudne albo oklepane?
      Dobrze, że Erik nie przypadł Ci do gustu. W sumie o wywołanie takich uczuć w czytelniku mi chodziło.
      Dzięki wielkie za każde słowo, każdy komentarz jest u mnie na wagę złota, dlatego byłoby mi bardzo miło, gdybyś zerknął dalej i powiedział, co o tym wszystkim myślisz.

      Usuń
    2. Każdy musi od czegoś zacząć i chociaż nie zawsze pierwsze teksty warto pokazywać, to następne już tak.

      Najważniejsze jest odpowiednie zaprezentowanie opowiadania. Oczywiście szablon pomaga w odbiorze utworu, ponieważ kiepskie dobranie kolorów i czcionki może sprawić, iż tekst będzie po prostu nieczytelny. Co nie zmienia faktu, że nigdy o to nie dbałem i mam taki szablon, jaki mam.

      Jednakże bardziej rozchodzi się o to, czy są akapity, kropki, spacje w odpowiednich momentach et cetera. Dbałość o szczegóły, którą osobiście lubię i której brak mnie zniechęca. Bo jeśli ktoś nie poświęcił tych kilkunastu czy kilkudziesięciu minut na formatowanie tekstu, to dlaczego mam się męczyć przy czytaniu? Szacunek za szacunek.

      A jeśli o sam warsztat chodzi: w moim przypadku zauważyłem, że mimo iż mój warsztat jak najbardziej kuleje, to opowiadana przeze mnie historia zachęca do czytania. I o to w sumie chodzi moim zdaniem. Ciekawy pomysł sprawia, że nie zwraca się aż tak dużej uwagi na stylistykę et cetera. Przynajmniej ja tak mam.

      Resztę opowiadania na pewno przeczytam, tylko że w swoim powolnym tempie.

      To zależy od danej osoby. Ja na przykład uwielbiam czytać informacje o świecie, w którym dzieje się opowiadanie, o ile podane są w odpowiednim tonie. Wtedy nawet kilkunastostronicowe opisy miasta czy czegokolwiek innego mi nie przeszkadzają. Tak samo każdy jeden czytelnik może mieć odmienne wyobrażenie co do smoków. W większości powieści to wielkie i potężne stworzenia o kilku odmianach oraz o zazwyczaj mniejszych kuzynach. Kilka strzał raczej nie zrobi na nich wrażenia. Dlatego jeśli w Twoim opowiadaniu w jakikolwiek sposób różnią się od tego przyjętego w fantasy wzorca, jak najbardziej powinnaś to zawrzeć w tekście.

      Czytam i jeśli mam coś ciekawego, to komentuję.

      Pozdrawiam,
      Neuromancer.

      Usuń
    3. Gdzieś kiedyś czytałam, że pisarzy można podzielić na mistrzów słowa (piękne, niemalże barokowe opisy, kwieciste słownictwo, poetyka, itd.) i na mistrzów fabuły (opowiadane przez nich historie są niepowtarzalne). Sama również utożsamiam się z tymi drugimi, ale to nie zmienia faktu, że chciałabym pisać jak najlepiej i dążę do tego wymarzonego, złotego środka. Dlatego w kwestii stylistyki nieustannie walczę i poprawiam co tylko się da. Próbuję też pozbyć się brzydkich nawyków, których nabawiłam się przez publikowanie opowiadań w internetach, ale to na razie syzyfowa praca, której efektów nie widzę.

      Dzięki za poświęcony czas i chyba faktycznie - o tych smokach co nieco będę zmuszona dopisać.

      Usuń